Pomocy

Prawdopodobnie miałem inne oczekiwania co do filmu Sama Raimiego. Nie widziałem wcześniej zwiastunów, do seansu podszedłem tylko ze szczątkową wiedzą na temat fabuły. No i widziałem plakat. Nic mnie więc nie przygotowało na przaśną komedię (to nie jest do końca zarzut), w której reżyser Martwego zła próbuje w osobliwy sposób przemycić swoją estetykę. Albo estetykę, która już nie jest jego, ale fani Martwego zła jej oczekują.

Tak, Sam Raimi to nie jest już Sam Raimi z początku lat 80. Pogodzić się z tym trudno, tak jak trudno pogodzić się z każdą rzeczą, która zmienia się razem z nami, a my przecież wolelibyśmy patrzeć na ten idealny obrazek. Ktoś mógłby napisać, że miałem czas się przyzwyczaić, bo Raimi miał przecież swoje Spider‑Many, i trafił się Doktor Strange w multiwersum obłędu. Zatem mainstream pełną gębą, multi‑franczyzy na całego.

PomocySam Raimi w krzywym zwierciadle.

Pomocy takie właśnie jest, chociaż o dziwo ostatecznie to sympatyczny seans, nawet jeżeli do końca nie wiadomo, do kogo jest on skierowany. Warto wspomnieć o duecie scenarzystów odpowiedzialnych za skrypt. Mark Swift i Damian Shannon napisali wprawdzie scenariusze do takich filmów jak Freddy vs. Jason (2003, Ronny Yu) i Piątek, trzynastego (2009, Marcus Nispel), ale nie omieszkali również stworzyć tego do remake’u Baywatch. Słoneczny patrol. Zatem, jakby nie patrzeć, para scenopisarskich zgrywusów. Pomocy to jakby wypadkowa poprzednich filmów Swifta i Shannona, gdzieś na granicy pastiszu, groteski, czarnego humoru, dziwnie przesadzona w swoim podejściu do krwawej makabreski (finał, ale i potyczka z dzikiem).

Pomocy, czyli makabra na wesoło.

Przyznaję, sam koncept jest interesujący. Oto kobieta, biurowa cicha myszka, raczej z tych nie zapraszanych na firmowe wyjścia (bo dziwnie wygląda, dziwnie się zachowuje, trzyma nadgryzione kanapki w szufladach), marzy o awansie. Ciężko pracuje od siedmiu lat na swoim stanowisku, jest zawsze i wszędzie pomijana, chociaż swoje obowiązki wykonuje sumiennie i nie raz ratowała skórę przełożonym, przygotowując raporty i sprawozdania lepiej niż inni. To kontekst ze społeczną krytyką. Twórcy pochylają się nad główną bohaterką i bez ogródek przedstawiają klasyczny przypadek z korporacji. Tu nikt niczego nie odkrywa – to tylko zalążek, akurat taki, żeby przedstawić frustracje Lindy (Rachel McAdams). Jest zła, rozsierdzona, dusi to w sobie.

Pomocy

W momencie, gdy jest upokarzana raz za razem, traf chciał, że podczas jednej firmowej podróży dochodzi do samolotowej kraksy. Cudem ocalała Linda i jej szef Bradley (Dylan O’Brien). Trafili na wyspę, szef ranny, a Linda ma jakieś tam pojęcie o survivalu. Niezły punkt wyjścia, dostarczający taniej filmowej zabawy, jak sam film, który nieraz taniochą zalatuje. Para aktorów nieznośnie szarżuje, ale to mieści się w tej osobliwej konwencji na komedię, thriller, horror, pewną – w finale – wariację na temat Państwa Rose.

Gatunkowo jednak, dla mnie, to mimo wszystko komedia. Bardzo specyficzna, z tą osobliwą próbą wejścia w estetykę krwawego thrillera, ale wciąż komedia. Przesadzona, przejaskrawiona, również z aktorską nadekspresją, która nie pozwala mi patrzeć na film inaczej niż właśnie jak na komedię.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 113 min
Gatunek: komedia
Reżyseria: Sam Raimi
Scenariusz: Damian Shannon, Mark Swift
Obsada: Rachel McAdams, Dylan O’Brien
Muzyka: Danny Elfman
Zdjęcia: Bill Pope

FILM NA NOŚNIKACH FIZYCZNYCH ZNAJDZIESZ TUTAJ