Do pewnego momentu powieść Pieśń krwi uznawałem tylko za wybitną – tak w temacie, jak i w stylu. Jest to ten przypadek, gdy w zasadzie tę literacką woltę z finału powinienem docenić, ale jednocześnie jestem mocno skonsternowany, podobnie jak byłem chociażby przy okazji lektury Ślepowidzenia Petera Wattsa – głównie w tych najmocniejszych, odrealnionych elementach. Tak, w momentach swojego największego fabularnego rozkwitu (właśnie w finale) Greg Bear pisze jak opętany, skłaniając się ku motywom z pogranicza filozoficznych halucynacji, koszmarów, nie ma umiaru w atakowaniu czytelnika coraz to bardziej poszarpaną narracją.
Percepcja siada, leży na deskach, nie jesteśmy w stanie objąć (ja nie byłem) ostatnich zwrotek Pieśni krwi. Ale jest to jednocześnie, pod wieloma względami, piękne, wytworne, stanowi o niezwykłym darze pisania po bandzie.
Zacząłem jak zwykle od dziwnej strony, ale mocno mi to leżało na sercu. Zatem jest to powieść świetna, a w finale autor potrafi zaaplikować dość specyficzne doznania. To są momenty z akapitami w narkotycznym niemal nastroju, zalane grozą, ale też czymś bardzo dojmującym. I ta atmosfera udzielała się również mnie, bo przecież Pieśń krwi to nic innego jak zaaplikowanie przez pisarza horroru podskórnego, który ma nas wypełniać całkowicie.
Pieśń krwi – horror z człowieka.
Tak, dla mnie to powieść przerażająca, od początku taka jest. Rafał Nawrocki, autor posłowia, wskazuje w swoim dołączonym do powieści tekście wiele tropów, skupiając się głównie na science-fiction. W sposób udany udowadnia, że Pieśń krwi, chociaż jej akcja całkowicie rozgrywa się na naszej planecie, to jest tą stuprocentową formą sci-fi. I wskazuje jednocześnie, już bardziej zachowawczo, inne gatunki, pisze chociażby o body horrorze.
Cóż, dla mnie Pieśń krwi to body horror przede wszystkim, który w swojej makabrycznej naturze skłania się w kierunku sci-fi – w tej kolejności. Ale tu nie chodzi o przepychanki i próbę udowodnienia, który z nurtów jest tu mocniejszy, silniejszy. Ja po prostu tak powieść Grega Beara czytałem, właśnie jako horror.
Przeraża, owszem, bo opowiada o czymś, co trudno wyłapać, trudno się przed tym obronić, a również o czymś, co stanowi realne zagrożenie. I jakże była to na początku lat 80. treść nowatorska. Dość napisać, że i dzisiaj jest mocno aktualna. Zaczyna się w laboratorium, w którym wygrywa ambicja, a przegrywa zdrowy rozsądek. To tam Vergil Ulam, geniusz – nikt nie zaprzeczy – opracowuje inteligentne limfocyty. Korzysta z zasobów własnej firmy, korporacji Genetron. Zostaje przyłapany, wydalony, w ostatnim momencie wstrzykuje sobie własny wynalazek.
To opowieść wykraczająca mocno poza swój gatunek. Moim zdaniem to również rzecz mocno nowatorska, bo na pierwszym planie jest sztuczna inteligencja. Nie inaczej, bo ta sama inteligentna armia limfocytów, która rozpełzła się po ciele naukowca, opracowuje własną strategię – walczy z przypadłościami, chorobami, jest najbliższa każdej ludzkiej skazy. Bliżej się nie da.
Body horror, ale i powieść zatrważająca, wiarygodna.
A jako że ta specyficzna forma wirusa jest obdarzona sztuczną inteligencją – działa tak, by przetrwać. Ulepszyć, jasne, ale również zadbać o swój rozwój, pochłania człowieka, wykorzystuje jego ciało, komórki, przejmuje kontrolę nad organizmem. I idzie dalej, rozprzestrzenia się.
Pieśń krwi jest porywająca, a w swojej wizji przejmowania kontroli nad ludzkością istotnie zatrważająca. I można w to uwierzyć – w ten motyw biotechnologicznej grozy i momenty, w którym wyposażone w takie zdolności adaptacyjne komórki w naszym organizmie działają w imię wyższego, czyli własnego dobra.
I nie jest to tylko ta wyciszona powieść o tym, jak wirus zaczyna zagrażać ludzkości. Jest tu walka, zamykanie granic, panika, ponure decyzje, jeszcze więcej strachu – również o całe narody. Ludzkość przegrywa, nie da się czegoś takiego zatrzymać, wiemy, jakie środki trzeba zaprzęgnąć, by powstrzymać zagrożenie. I na to wszystko dochodzi jego rozwój, bo wchodzimy na pole epickiego sci-fi, gdy te limfocyty próbują (co jest naturalne i logiczne) zapewnić sobie jak największy komfort, poszerzają swój zakres działania.
A później mamy już ten wymiar spektakularny, groza przedostaje się na zewnątrz. Wspaniała powieść.
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Autor ilustracji: Miachał Loranc
Ilość stron: 400
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Vesper
Format: 140 x 205 mm
