Universal Monsters: Dracula albo ekspresjonizm grozy
Ta malarsko-kolażowa estetyka, która urzeka od pierwszej planszy jest jak rozlany na papierze strach. Tu nie będzie granicy w kolorze, wszystko działa jak rozprysk tak barwy jak i emocji. Rysunki Martina Simmondsa nadają ton opowieści i wydaje mi się, że James Tynion IV jest tu raczej gościem jako scenarzysta. Zaznacza jakie postaci mają być kluczowe, dobrze w tekście oddaje chaos, przerażenie, ale jednocześnie coś uwodzicielskiego. I jest jednocześnie autorem jednego świetnego patentu, o nim za chwilę. Dominuje tutaj jednak ilustracja, bo Simmonds zdaje się być panem i władcą plansz.
Fabularnie na pierwszy plan wysuwa się Renfield. Chuderlak z wybieloną twarzą, która może symbolizować wiele rzeczy – począwszy od tego, że Renfielda już nie ma, jest tylko tym paranoikiem, który już nigdy nie wróci z drugiej strony. A Dracula? Na początku z tyłu, ciągle jak niemy jegomość, który kontroluje pionki na planszy życia. James Tynion IV zdecydował się na dość odważny krok, jego Dracula jest rzeczywiście groźnym bytem, który nie przypomina tych wszystkich innych wcieleń (eleganckich, czasem wygadanych, obytych). To ten paten scenarzysty. Dracula przesuwa figury, emanuje potęgą, urokiem, powoli wypełnia umysły. O tym tajemniczym przybyszu z Transylwanii się mówi, wspomina się hrabię, można go dostrzec na ulicy, przy bramie. Czasem po prostu stoi, znika, a już na pewno nigdzie się nie spieszy. Jego czas nadejdzie.
Krwawy odcień ilustracji, rysownik na piedestale emocji.
Projekt wpisuje się w szerszy trend powrotu do klasycznych figur grozy, interpretowanych przez współczesnych twórców komiksowych. Scenarzystę poznałem przy okazji serii Dewiant, tam przedstawił się jako sprawny twórca thrillera. I tutaj, w Draculi, Jamesa Tynion IV wydobywa to, co z opowieści najważniejsze. Tynion wykorzystuje znane elementy powieści Brama Stokera, ale udaje mu się je przecedzić przez współczesną wrażliwość, koncentrując się na psychologii postaci i stopniowym odsłanianiu grozy.
Żałuję jednak, że Universal Monsters: Dracula nie ma większego formatu. Wprawdzie wszystko jest dobrze widoczne, rysunek na tym nie cierpi, ale ile by zyskał na dużych stronach! To jest, moim zdaniem, główny minus albumu.
Przepiękny, ale format za mały!
Simmonds bowiem tworzy ilustracje, które nie tyle przedstawiają wydarzenia, ile budują nastrój. To on jest tutaj głównym nosicielem narracji. Malarska ekspresją artysty, zniekształcenia, rozmycia, chropawe niedoskonałości, wyciąganie ostrości z istotnych elementów horroru (oczy, szpony, kły), to wszystko sprawia, że grozę i horror odczytuje się na zasadzie przyswajania tych pięknych i mrocznych, przenikających się krwistoczerwonych czasem brudnych rozlewisk.
To dobry album, ale nie można tu pisać o oryginalności. Z drugiej strony jak ugryźć Draculę na nowo? James Tynion IV wysuwa na pierwszy plan Renfielda, niejako pomost pomiędzy tym, co nadnaturalne, a tym co jest jeszcze ludzkie. Ale i to nie jest żadną rewolucją w reinterpretacji klasyki. Graficzny styl Simmondsa przypomina natomiast trochę Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta rysownika Jakuba Rebelki. Podobne nastroje, tonacje i upiorne majestatyczne kolaże.
Zatem solidnie scenariuszowo, z mocnym patentem z figurą wampira jako postacią, która jest, ale zawsze w cieniu i zawsze gotowa do ataku (jak rasowy drapieżnik) i z przepięknym podejściem do epickiej krwawej grozy, gdzie każda plansza stanowi przykład gotowego, przygotowanego wydruku pod do antyrame, którą można zawiesić w klimatycznej zaaranżowanej na styl gotycki knajpie.
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Martin Simmonds
Kolory: Martin Simmonds
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Skład: Piotr Margol
Redakcja: Sonia Miniewicz, Izabela Rutkowska
Korekta: Sonia Miniewicz, Izabela Rutkowska
Ilość stron: 140
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost in Time
Format: 170 x 260 mm

