Znacie to określenie „krąg przemocy”. Irene tkwi w takim kręgu, bo nie potrafi nasycić się zemstą. Otrzymała narzędzie, które tylko pogłębia jej obsesję: urządzenie pozwalające przeskakiwać na równoległe osie czasu. Zbrodnia, która roztrzaskała jej życie, wydarzy się zawsze – choć za każdym razem świat będzie wyglądał odrobinę inaczej. Ten tragiczny moment, ten punkt na osi, już istniał. Prywatne piekło Irene już się dokonało, lecz ona nigdy z niego nie wyszła. Nigdy nie przeżyła żałoby po córce, którą jej odebrano.
W każdej wersji rzeczywistości Irene dopada mężczyznę i kończy jego podły żywot. Zastrzeli go, poderżnie mu gardło, wbije nóż w serce, spali przywiązanego do krzesła. Nie czuje już nic. Jest pozbawiona ludzkich odruchów, napędzana jedynie mechanicznym imperatywem: przeskoczyć, odnaleźć, wyrwać ten sam chwast po raz kolejny.
To film niezwykły – wyrastający z najpiękniejszego, niezależnego gruntu, gdzie na początku zawsze jest pomysł, czysta idea na papierze, a o kosztach nikt jeszcze nie myśli. Tu nie trzeba było wiele, a udało się wszystko.
To jednocześnie wspaniały projekt rodzinny. Redux Redux firmują bracia Kevin i Matthew McManus, którzy napisali również scenariusz, a główną rolę zagrała ich siostra, Michaela McManus.
Redux Redux, film o niszczącej sile zemsty.
Michaela stworzyła znakomitą kreację kobiety, którą na początku poznajemy w bezdusznej, odhumanizowanej odsłonie – istoty, która nie ma już niczego, a mimo to trwa w swoim brutalnym, rytualnym transie. Scena otwierająca należy do najmocniejszych sekwencji filmu, zwłaszcza gdy ostatecznie zrozumiemy jej sens, fundament całej filmowej wymowy. Gdy Irene patrzy na płonącego mężczyznę przywiązanego do krzesła (to właśnie ta scena otwierająca), wydaje się, że oglądamy finałową kulminację. Nic bardziej mylnego – to tylko jedna z wielu odsłon, jeden z licznych wariantów tej samej tragedii.
Jeszcze bardziej uderza to, że twarz Irene nie zdradza absolutnie nic. Nie ma tam złości, satysfakcji, ulgi. To twarz beznamiętna, pusta, należąca do kogoś, komu zemsta nie daje już żadnego ukojenia.
Genialny scenariusz jako fundament niezwykłej historii.
I takie właśnie jest, moim zdaniem, filmowe przesłanie. Do czego bowiem prowadzi zemsta? Do chwilowej satysfakcji – zły człowiek nie żyje, sprawiedliwość jakby się dokonała. A jednak chwilę później czujemy się dokładnie tak samo. Spokój nie nadchodzi, jakby ktoś wyciął go z równania. Istotą straty okazuje się więc żałoba; to o nią trzeba zadbać przede wszystkim, bo bez niej rana nigdy się nie zabliźni.
Redux Redux to kino zemsty, kino mocne i bezkompromisowe, zagrane z werwą, z fabułą, która potrafi zaskoczyć w najmniej oczywistych momentach. To nie jest Dzień świstaka – to zupełnie inne podejście do motywu „tego samego dnia”, pozbawione zbędnych wyjaśnień i rozbuchanego sci‑fi z laboratoriami błyszczącymi jak z katalogu. „Urządzenie” przypomina raczej wielką lodówkę, a estetyka obrazu jest tu ostatnią rzeczą, o którą twórcy się troszczą. I bardzo dobrze. Dzięki temu Redux Redux jest tak autentyczny. Brudne krajobrazy, Ameryka B, szemrane persony, dużo kurzu, a na końcu Irene – jak wrak na pustkowiu.
Wszystko wygląda prawdziwie: surowo, szorstko, bez upiększeń. Prawdziwe są emocje, napięcie, ciągły przypływ adrenaliny Irene, która za chwilę może po raz kolejny rozprawić się ze zwyrodnialcem. W tym właśnie tkwi siła filmu – w opowieści, w rzemiośle, w obrazie, który nie boi się chropawej faktury.
Gatunek: kryminał, sci-fi, dramat
Reżyseria: Kevin McManus, Matthew McManus
Scenariusz: Kevin McManus, Matthew McManus
Obsada: Michaela McManus, Stella Marcus, Jeremy Holm
Muzyka: Paul Koch
Zdjęcia: Alan Gwizdowski

