Zło to temat, który – jak można przypuszczać – niezmiennie pozostaje w spektrum zainteresowań Łukasza Orbitowskiego: jego natura, proces narodzin, a może po prostu moment rozkwitu. Autor konsekwentnie pyta, jak to się dzieje, że dochodzi do morderstwa pozbawionego uchwytnego motywu, takiego, którego nie sposób racjonalnie wyjaśnić.
Jacek Balicki będzie mógł ubiegać się w 2026 roku o przedterminowe zwolnienie z więzienia. Odsiaduje wyrok dożywotniego pozbawienia wolności za podwójne morderstwo: zabił swojego 14‑letniego kuzyna i 16‑letnią sąsiadkę. Mieszkałem wówczas dwa bloki dalej, w 1996 roku, w największej bydgoskiej dzielnicy – Fordonie, sypialni miasta. Miałem kilkanaście lat, ale pamiętam popłoch, policyjne patrole, dzień wolny w szkole. Zbrodnia, jak to zwykle bywa, szybko rozpłynęła się w codzienności, przynajmniej w życiu nastolatka, który nie znał ofiar. Morderstwa z 1999 roku nie pamiętam już wcale.
To właśnie te wydarzenia – pozbawione motywu, choć możliwe do opisania w kategoriach psychologicznych – skłoniły Orbitowskiego do napisania powieści. Biegli nie doszukali się racjonalnego impulsu, wskazywano jedynie na kumulowanie agresji i potrzebę jej ujścia. Orbitowski trafnie uchwycił ten mechanizm, kreśląc obraz człowieka‑nie‑człowieka. W powieści tę figurę reprezentuje Jędrek: chłopak zimny, wyzuty z uczuć, a jednocześnie na pierwszy rzut oka „całkiem do rzeczy” – pomocny, ogarnięty, otworzy drzwi, posprząta mieszkanie. Autor pokazuje, jak łatwo taka pozorna normalność może maskować rodzące się zło.
Zbrodnia jako efekt niemiłości.
Mógłbym napisać, że Jędrek nie potrafił rozmawiać o uczuciach, ale czy jest to cecha szczególna? W gruncie rzeczy większość ludzi nie potrafi mówić o emocjach, a jednak nie sięga po nóż. Stwierdzenie, że „było w nim coś dziwnego”, również wydaje się niewystarczające. Orbitowski nie tyle próbuje te kwestie rozstrzygać, ile raczej konsekwentnie opisuje szaroburą rzeczywistość lat 90. i na jej tle prowadzi drogę Jędrka. To człowiek‑zagadka, a wokół niego inne dusze – w tym wykreowany na potrzeby powieści „przyjaciel” oraz kilka innych fikcyjnych postaci, które dopełniają jego portret.
Oczywiście żadna zbrodnia nie rodzi się z niczego, nie powstaje w próżni. W tym sensie można uchwycić pewne uwarunkowania, które sprzyjały jej zaistnieniu – choć nie są to impulsy kilku dni, lecz raczej konsekwencje lat uprawiania nie‑miłości i nie‑wspierania. Rodzina i najbliższe środowisko sprawcy nie muszą być patologiczne; czasem wystarczy brak emocjonalnego języka, brak umiejętności rozmowy z dzieckiem, później z nastolatkiem, a w końcu z młodym dorosłym. Potem pojawia się ściana – rozmowa zanika, spojrzenie pustoszeje, bo gasło przez kilkanaście lat. Orbitowski utrzymuje więc narrację, zgodnie z którą zbrodnia jest zbiorem wielu składowych, a dominującą z nich może być właśnie najbliższe otoczenie.
Zimna jak lód, który pełznie za koszulą.
Literacko Inna dusza lokuje się na wyżynach współczesnego pisarstwa. Niepokój przesącza się przez słowa, a czytelnik mimowolnie wyczekuje tych okrutnych chwil. To momenty ciężkie, bo morderstwo wyrasta tu z mrocznych zakamarków dorastania, z podwórek, ze zwykłych klatek schodowych wielkich blokowisk. A wielka PRL‑owska płyta trwa niewzruszona – wszystko w nią wsiąknie, z zewnątrz nic nie widać.
Inna dusza nie jest powieścią true‑crime, choć nosi liczne znamiona tego nurtu. Miejsca, ludzie i adresy zostały zmienione, topografia w dużej mierze się zgadza, ale nawet tu pojawiają się celowe nieścisłości. Na przykład na ulicy Gordona w Fordonie nie ma bloków, a jedynie domy szeregowe. Dla mnie, mieszkańca Bydgoszczy od zawsze, była to lektura osobliwa: miasto znajome, a jednak odbite w dziwnym lustrze.
Ilość stron: 448
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Świat książki
Format: 135 × 215 mm
