Surfer

Nie znam wcześniejszych filmów Lorcana Finnegana, ale po Surferze wydaje mi się, że niezły z niego maverick. Z jednej strony kręci ten film metaforę o drodze do oczyszczenia prywatnej traumy, która pożera człowieka przez całe lata. Z drugiej strony tworzy coś na kształt kina gatunkowego o tradycjach paranoicznych.

Surfer to rodzaj śnienia, od marzenia, przez koszmar, do gwałtownego przebudzenia. Zanim jednak bohater będzie balansować na granicy obłędu (ten wspomniany koszmar), poznamy go, gdy łagodnie umości się w swoim sennym marzeniu.

Na odległej plaży gdzieś na jednej z pięknych piaszczystych australijskich zatok będzie chciał posurfować z synem. Chłopak nie chce tego robić, ale ten dzień należy do ojca. Ojciec będzie zwycięzcą, na celowniku ma dom, który zamierza kupić. Kiedyś tu mieszkał, przecież nawet tu się urodził. To jego miejsce, a teraz banda „Bay Boyów” (w taki sposób ochrzcili się młodzi, silni i agresywni młodzieńcy) przeganiają go z tej plaży. Co robić? Postawić się i zostać pobitym na oczach syna? Czy raczej potulnie odpuścić? „Nie jesteś stąd, nie surfujesz”. to słyszy najczęściej. Tytułowy surfer już nie należy do tego świata, jeszcze ma rodzinę, jaguara, zaraz weźmie kredyt na dom. Na pewno? Zaraz wejdziemy w głęboki sen i płynnie przejdziemy do koszmaru.

SurferSurfur, ciągła konfrontacja z własnymi demonami.

Głównie to ten casus Drogi przez piekło Olivera Stone’a. U Stone’a był Bobby Cooper (Sean Penn) z zepsutym autem miotający się po małym miasteczku wciągnięty w wir dziwnych kryminalnych wątków. Tutaj, u Finnegana jest po prostu surfer (Nicolas Cage), a opowieść o nim to studium męskości w kryzysie i rodzaj formalnego eksperymentu.

Gdzie punkty zbieżne z Drogą przez piekło? W strukturze opowieści o mężczyźnie, który z pewnego siebie faceta musi przejść przez kolejne kręgi, by zrozumieć siebie. Doprowadzony do ściany wyrżnie w nią z impetem. Czy zrozumie w końcu swoja sytuację? Nie wiem, ale jedno jest pewne, że my po seansie będziemy mogli powiedzieć, że poznaliśmy go dość dokładnie. No i Radek Ładczuk, autor zdjęć do Surfera ma podobny pomysł na tworzenie nastroju co Robert Richardson, operator u Stone’a.

Niepokojący, dziwny, nad wyraz osobliwy. Surfer jako kino paranoiczne, życiowy dramat i kino gatunku.

Surfer to nie jest łatwe kino, łatwo też taki film obrazić. Jest intensywny, jest intrygujący, a na pewno jest niepokojący. Twórcy natomiast chodzą po cienkiej linii pomiędzy psychologicznym thrillerem, a czymś w rodzaju groteski.

Surfer

Ważne jest tu jednak wszystko zaczynając od areny działania surfera. Parking i plaża, miejsce na którym skończył i miejsce którego pożąda. Przez to Surfera należy czytać też jako dramat o społecznym wykluczeniu. Granice są wyostrzone, kino przypomina halucynogenną projekcję, zaciera się gdzieś przejście pomiędzy tym, co mężczyzna przeżywa, a przeżył kiedyś.

To dobry film, czerpie od wielu, ale daje też dużo od siebie. Ciekawy, wyróżnia się na tle innych dzięki podejściu do tematu, ale głównie dzięki Cage’owi, który dobrze oddał niespokojnego ducha potrąconego przez życie bohatera.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 100 min
Gatunek: dramat, thriller
Reżyseria: Lorcan Finnegan
Scenariusz: Thomas Martin
Obsada: Nicolas Cage, Julian McMahon, Nic Cassim, Miranda Tapsell, Alexander Bertrand, Justin Rosniak
Zdjęcia: Radek Ładczuk
Muzyka: François Tétaz