Johnny Guitar

W pełnej palecie kolorystycznej, z tak samo barwnymi postaciami, Johnny Guitar jest przede wszystkim świadomym filmem feministycznym. Mało jest takich przypadków w westernie, w których mężczyzna jest zepchnięty tak mocno na margines opowieści. I nie chodzi tylko o protagonistkę, ale również o kobietę antagonistę, która jest przy tym jednym z ciekawiej wykreowanych ekranowych czarnych charakterów.

Do saloonu na odludziu dociera Johnny Guitar (Sterling Hayden). Dziś jest grajkiem z gitarą. Przyjeżdża na zaproszenie Vienny (Joan Crawford). To właścicielka przybytku, kobieta twarda jak skała i jednocześnie boleśnie samotna. Relacja tej dwójki to historia niedopowiedzianych żalów, przerwanych zdań i uczuć, które nie wygasły, choć oboje udają, że tak się właśnie stało. Vienna znalazła się w tyglu, z jednej strony topi kasę w niemrawo działającym biznesie, więc nikogo to nie powinno interesować. Z drugiej strony podobno wspiera bandytów. W tej sprawie lokalną społeczność podburza Emma (Mercedes McCambridge). Prawda ma jednak o wiele więcej odcieni, jak zawsze. Dla Vienny najważniejsze jest przetrwać do momentu, aż kompania kolejowa przeprowadzi w pobliżu jej interesu tory, to by w znaczącym stopniu polepszyło jej kondycję finansową. Ale ile można czekać, gdy u bram zbiera się wróg?

Johnny GuitarW świecie rewolwerów to emocje strzelają tu najgłośniej.

W zasadzie, jeżeli przypatrzymy się kolejnym elementom, to w każdym możemy znaleźć pewną gatunkową rewoltę. Tytułowy bohater Johnny Guitar najchętniej posługiwałby się tylko swoją gitarą. Stroni od broni, a spieszno mu do zagrania na ukochanym instrumencie. Inną ważna postacią jest The Dancin’ Kid (Scott Brady). Para się zbrodniczym procederem, ale zgadnijcie skąd się wzięła jego ksywka.

To nie jest jednak jakiś pastisz gatunku, to western w którym Nicholas Ray z premedytacją rysuje swoją opowieść grubymi markerami. Uwypukla się to w samym obrazie, który dzięki zastosowaniu specjalnej techniki, jest również tym przykładem najlepiej zastosowanego Trucolor. Paleta, czyli tylko mocne kontrasty i właśnie kolory z ich górnych partii (tu nie ma miejsca na niuanse) podkreślają nie tylko dramatyzm opowieści, ale i wzmagają emocje i napięcie. Joan Crawford wygląda przez to na tak zdeterminowaną, jak nigdzie indziej. Mercedes McCambridge, czyli ekranowa Emma Small to zła do szpiku kości kobieta, która pała rządzą zemsty, a sekwencja, gdy jest tą zemstą już nasycona (trochę), to jeden z mocniejszych obrazów emanacji zła na ekranie.

Johnny Guitar, mężczyzna na trzecim planie.

Wielu współczesnych widzów może być lekko skonsternowana tymi kontrastami, głęboką czernią, krwistą czerwienią posądzając Nicholasa Raya i autora zdjęć Harry’ego Stradlinga o epatowanie nadmiernym kiczem. To nie jest kicz, do tego zostało stworzone Hollywood. Johnny Guitar to wizyta w Fabryce Snów.

Johnny Guitar

Niesamowite jest to, że tytułowy bohater jest przede wszystkim świadkiem wydarzeń. Nie może zdominować fabuły, bo chociaż w miarę trwania filmu konflikty narastają, to Ray zamiast klasycznej walki dobra ze złem serwuje nam pojedynek dwóch kobiet Ta walka ma podłoże emocjonalne i osobiste.

Johnny Guitar nie boi się własnej teatralności. Wychodzi z melodramatu, wpada w opowieść o władzy, dużo tu traum, niewyjaśnionych spraw. Jest daleki od bycia klasycznym, a jednocześnie jest jednym z ciekawszych w swoim gatunku.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 110 min
Gatunek: western
Reżyseria: Nicholas Ray
Scenariusz: Philip Yordan, Ben Maddow
Obsada: Joan Crawford, Sterling Hayden, Mercedes McCambridge, Scott Brady, Ernest Borgnine
Zdjęcia: Harry Stradling
Muzyka: Victor Young