Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Niedocenione ’69 - Radosław Wierzbicki

Radek Wierzbicki z bloga Film Roll zaprasza na kolejną filmową podróż w czasie w cyklu ‚Niedocenione’. Tym razem rok 1969 i cztery wybrane przez gościa tytuły. Zachęcam również do odwiedzania fanpejdża Radka, oraz do wcześniejszych wpisów z cyklu, o tutaj.

1969 był rokiem, którego wpływ odczuwamy do dziś. Wyobraźnię całego świata, nawet tego za żelazną kurtyną rozpaliło lądowanie na Księżycu. Oczy całego świata zwrócone były na trzech śmiałków, którzy dokonali niemożliwego. W gorącej atmosferze protestów, wykuwały się piękne idee, dziś nieco już przykurzone. W tym wyjątkowym czasie powstało wiele filmów uznawanych dziś za klasyczne, równie dużo spotkało niestety zapomnienie, od którego poniżej spróbuję je uchronić. Tym razem proponuję produkcje jedynie amerykańskie ale chyba się zgodzicie, że mam ku temu dobry powód.

Uwięzieni w kosmosie (1969), reż. John Sturges

Program Apollo rozwija się w najlepsze, Księżyc nie ma już przed nami tajemnic a celem stały się misje międzyplanetarne. Kolejny lot kapsuły o nazwie Ironman One z trójką astronautów na pokładzie, właśnie startuje by rozpocząć kolejny doświadczalny etap programu. Po upływie pięciu miesięcy Centrum Lotów, zgodnie podejmuje decyzję by ściągnąć wyczerpaną trójkę śmiałków na Ziemię. Dowódca Jim Pruett, pilot „Buzz” Loyd i nawigator Clayton Stone zablokowani w fotelach oczekują odpalenia silników powrotnych. Odliczanie dochodzi do zera, zapala się zielona kontrolka pracy silnika…i nic się nie dzieje. Houston ma problem.

Uwięzionych w kosmosie pierwotnie miał reżyserować Frank Capra, ale wytwórnia Columbia ostatecznie zdecydowała się na zaprawionego w kinie akcji Johna Sturgesa. Reżyser Wielkiej ucieczki i Orzeł wylądował, postawił na znane nazwiska i szeroką współpracę z agencją NASA, by stworzyć możliwie najwierniejszy obraz kosmicznego lotu. Tego ostatniego prawdę mówiąc nie widać. Rok wcześniej premierę miała 2001: Odyseja kosmiczna i sekwencje kosmiczne Uwięzionych w kosmosie wyglądają przy filmie Kubricka jak próba techniczna. Film Sturgesa ogląda się więc dobrze przede wszystkim dzięki obsadzie. Gregory Peck, znany z Rambo Richard Crenna, Gene Hackman i James Franciscus weszli w swoje postacie kompletnie, grając tak wiarygodnie, że nawet po pięćdziesięciu latach przeżywamy ich dramat. Od wizualnych niedostatków skutecznie odwraca również uwagę scenariusz, trzymający w napięciu od początku filmu aż do jego emocjonującego końca.

Koszmarny obrót jaki przybiera misja Ironman One, przyczynił się do wielu bezsennych nocy u Marilyn Lovell, żony astronauty Jima Lovella, późniejszego uczestnika feralnej misji Apollo 13. Scena koszmaru, którą widzimy w filmie Rona Howarda ma źródło właśnie w filmie Johna Sturgesa. Jako dziecko Uwięzionych w kosmosie namiętnie oglądał również Alfonso Cuaron, który kilkadziesiąt lat później będzie z niego czerpał inspirację do swojej Grawitacji, a nawet bezpośrednio zacytuje ten film w niedawnej Romie. Naturalnie pojawia się pytanie, dlaczego tak mało mówiło i wciąż mówi się o Uwięzionych w kosmosie? Film miał swoją premierę w grudniu 1969 roku (pół roku po misji Apollo 11) i prawie nikt nie chciał oglądać ukochanych narodowych bohaterów, w sytuacji zmagania się z zawodną techniką i śmiertelną obojętnością kosmosu. Ludzie chcieli patrzeć w niebo z nadzieją, a nie strachem.

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969), reż. Peter R. Hunt

007 zniknął. Moneypenny ściemnia co do jego obecnego położenia, M bezradnie czeka aż jego niesforny agent narobi kolejnego dyplomatycznego bałaganu. James tymczasem rozbija się po spowitej amerykańską nocą Italii w Astonie Martinie DBS. Podczas jednej z przejażdżek wzdłuż wybrzeża spostrzega piękną kobietę, która nie przyszła na plażę popływać. Gdy wybiega by ją uratować, błyskawicznie rusza w ich kierunku kilku jegomości zdeterminowanych by piękność dokończyła samobójczego dzieła. Bond pierze intruzów na kwaśne jabłko, ale kobieta wymyka się i ucieka bez słowa. Skonsternowany agent spogląda prosto na nas i słusznie stwierdza, że to nigdy nie przydarzyło się poprzedniemu gościowi.

Nakręcony w samym środku Ery Wodnika, odcinek przygód angielskiego agenta od początku nie miał łatwo. Do jego produkcji przymierzano się już w 1965 roku, lecz spory o prawa do ekranizacji serii przesunęły zdjęcia i zdecydowano się na realizację Operacji Piorun. Dwa lata później gdy wszystko było gotowe, zawiódł klimat. Na skutek postępującego ocieplenia, w Szwajcarii, spadło zbyt mało śniegu by rozpocząć zdjęcia, i zdecydowano się na realizację Żyje się tylko dwa razy. Wreszcie w 1969 roku montażysta pierwszych trzech części serii, Peter Hunt zdobył zaufanie producentów i dostał zielone światło. Ale dość całego cyrku miał Sean Connery. Na jeden z castingów wśliznął się kompletnie nieproszony, 29-letni model z Australii. George Lazenby podebrał smoking skrojony pod Connery’ego, oszukał producentów co do swojego dorobku i w symulowanej scenie bójki, bez mrugnięcia okiem złamał nos kaskaderowi. Zrobił swoją bezczelnością tak duże wrażenie, że z miejsca dostał rolę.

Reżyser Peter Hunt wprowadził do serii filmowe triki, które wcześniej były zakazane. Po raz pierwszy użyto zdjęć w zwolnionym tempie oraz flashbacku. Również początkowy dowcip skierowany wprost do widowni, to pierwszy i jak dotąd ostatni raz, gdy 007 przełamuje czwartą ścianę. Ta część serii obfituje również w ostentacyjne szwenki i zbliżenia, jest również wyjątkowo dynamicznie cięta i dzięki temu nosi wyraźny autorski rys Hunta. Nie da się ukryć, że największym problemem serii zawsze były scenariusze, często balansujące na granicy autoparodii. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości ma jeden z najlepszych w całej historii cyklu, obfitujący w spektakularne pościgi i wyjątkowo fizyczne bijatyki, zrównoważone ciętym dowcipem i nietuzinkowymi zadaniami. W jednej ze scen Bond zagłębia się nawet w genealogię i odkrywa swoje szlacheckie korzenie. Dewiza jego herbu? Orbis non sufficit – świat to za mało. To jednak nic wobec emocjonalnych wyzwań przed jakimi musi stanąć 007. Pomimo osobistych wątpliwości znakomicie w roli sprawdził się George Lazenby, podobnie jak partnerująca mu piękna Diana Rigg. Wyborną obsadę dopełnia Telly Savalas w roli Blofelda, który ze swoim szelmowskim uśmieszkiem deklasuje rachitycznego Donalda Pleasance. Jakby tego było mało ta część serii może się również pochwalić jednym z najpiękniejszych motywów muzycznych, bajkowym We Have All the Time in the World w wykonaniu samego Louisa Armstronga.

Co poszło nie tak? Filmowi zaszkodził sam Lazenby, obnoszący się ze swoim przekonaniem że cykl nie pasuje do czasów pokoju i miłości. Wątek pociągnęła oczywiście żądna sensacji prasa, co dodatkowo rozsierdziło producentów. Pomimo tego publiczność dopisała, choć frekwencyjne wyniki przyćmiły późniejsze części i ostatecznie pogrążyły mieszane wrażenie po tej części. Po latach jego wartość broni się sama. Jest ulubionym odcinkiem Christophera Nolana, który czerpał z niego garściami do swojej IncepcjiW tajnej służbie Jej Królewskiej Mości ogląda się bardziej jak sen o przygodach Jamesa Bonda, ekscytujący kolaż utkany z romantycznej fantazji o wielkiej szpiegowskiej przygodzie, pośród potężnych politycznych sił, pięknych kobiet i przebiegłych złoczyńców.

Układ (1969), reż. Elia Kazan

Poranek, radiowi spikerzy ekscytują się ostatnimi minutami odliczania do startu misji Apollo. W rytmie tego odliczania Eddie Anderson wraz żoną zaczyna dzień. Spiker relacjonuje jak rakieta odrywa się od ziemi i zmierza w bezkres przestrzeni kosmicznej. W tym samym czasie Eddie gnający samochodem pośród rozpędzonego ruchu, gwałtownie skręca i ładuje się pod jedną z ciężarówek. Do tego czasu miał wszystko. Był kochającym mężem, ojcem, namiętnym kochankiem. Rozchwytywanym dyrektorem kreatywnym agencji, którego kampanie generowały krociowe zyski. Właścicielem prywatnego samolotu i potężnego domu z wieloosobową służbą. Fantazja o życiu Eddiego Andersona właśnie zaczyna upadać.

Dla reżysera Elii Kazana Układ miał być kulminacyjnym momentem kariery. Książkę pod tym samym tytułem wydał dwa lata wcześniej, decydując się na zawarcie w jej fabule wielu autobiograficznych wątków. Był wtedy u szczytu rozpoznawalności, był reżyserem z którym uwielbiał pracować Marlon Brando, a wytwórnia Warner Brothers dała mu wolną rękę i spory jak na dramat psychologiczny budżet. Zapowiedzią tego co później spotkało Kazana było już przyjęcie jego książki przez krytyków. Powiedzenie, że było ono chłodne to eufemizm. Układ w książkowej wersji został jednogłośnie spalony i szybko wytworzyła się opinia, że Kazan nie powinien ekranizować swojej powieści. Produkcja powstawała więc w bardzo niekorzystnej atmosferze prasowej. Inaczej było w samym Hollywood, gdzie Marlon Brando zajmował się już zapamiętywaniem kwestii ze scenariusza. Nie trwało to jednak zbyt długo bo na skutek niespokojnego klimatu społecznego zrezygnował. Propozycję zagrania głównej roli odrzucił Charlton Heston, twierdząc że główny bohater to przegraniec. Nie miał z tym problemu Kirk Douglas, dodatkowo akceptując wszystkie wskazówki reżysera.

Kilka dni po premierze filmu Elia Kazan był już skończony jako reżyser. Krytycy ponownie wybrzmieli chórem sprzeciwu wobec fabuły zarzucając jej tanią melodramatyczność. Szczególnie ostro dostało się również Douglasowi, w opiniach posuwano się nawet do twierdzenia, że tej roli nie uratowałby nawet Brando. Pomimo tego wszystkiego oszczędzono Faye Dunaway, której postać żyła według awangardowej nawet jak 1969 rok postawy. Nawet dziś doprowadziłaby do wrzenia niejednego konserwatystę. Opinia krytyków zadziałała jak wyrok i film nie zbliżył się nawet do zwrotu poniesionych przez studio kosztów. Elia Kazan podobnie jak bohater jego obrazu został kompletnie zrujnowany. Swój następny film Goście, zrobi z dala od Hollywood, bez udziału znanych aktorów, ze szkieletową ekipą, za równowartość kwoty jaką agent Faye Dunaway wziął za pracę przy Układzie. Po pięćdziesięciu latach Układ ogląda się jakby był częścią nostalgicznego nurtu współczesnego kina. Jego dynamicznie cięta, kalejdoskopowa forma dziś jest normą, podobnie jak pełne frustracji i lęków, boleśnie samotne postaci, które zaludniają liczne kinowe i streamingowe psychodramy. Film Kazana ma dla mnie szczególną wartość przede wszystkim dlatego, że bezpośrednio wpłynął na jeden z najwyżej cenionych przeze mnie seriali – Mad Men. Genialny, enigmatyczny dyrektor kreatywny Eddie Anderson, to w rzeczywistości Evangelos Topouzoglou, Grek z biednej imigranckiej rodziny, wieczna ofiara rządzącego twardą ręką ojca. Jak nie przymierzając Don Draper, mówiący: Reklama opiera się na jednym – szczęściu. Obaj mówią o szczęściu z dokładnie tym samym pustym spojrzeniem.

Chłodnym okiem (1969), reż. Haskell Wexler

Chicago latem 1968 roku. W mieście wrze, rozgrzane i gęste od napięć powietrze można kroić nożem. Dwa miesiące wcześniej zastrzelono Martina Luthera Kinga, w Wietnamie załamuje się ofensywa Tet, a ludzie mają dość coraz bardziej nieporadnego prezydenta Lyndona Bainesa Johnsona. Zbliża się termin Narodowej Konwencji Demokratów, na której ma być wyłoniony kandydat partii na prezydenta. Głoszący miłość i pokój studenci razem ze sfrustrowanymi mieszkańcami gett, stoją naprzeciw świeżo przybyłych z Wietnamu żołnierzy czekających na rozkazy ze świerzbiącymi palcami. Kobiety dzięki nowo wynalezionej pigułce, mogą cieszyć się swobodą seksualną. Rewolucja obyczajowa może za chwilę przekształcić się w wybuch chaosu. Pośrodku tego tumultu jest John Catselas, operator kamery dla telewizji CBS. Zafascynowany kreacyjnymi możliwościami kamery pracoholik, który odreagowuje napięcie nieustannymi romansami. Wydarzenia tego lata okażą się nieprzewidzianym wyzwaniem dla jego bezpiecznie zdystansowanej postawy.

Można argumentować, że Chłodnym okiem nie jest filmem niedocenionym. Natychmiast po premierze spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Film chwalono za odważne podjęcie trudnego, palącego tematu, wiarygodną grę aktorską i szczere ukazanie mechanizmów rządzących publiczną debatą. Grany przez Roberta Forstera John Catselas, nie przez przypadek jest operatorem kamery dla telewizji informacyjnej. Kino i telewizja rzadko odsłaniają się przed nami, jeszcze rzadziej pozwalając na dojrzenie tego, w jaki sposób oddziałują na nasze postrzeganie świata. Trzeba było zawodowego operatora by nadać takiemu spojrzeniu autentyzmu. Haskell Wexler w momencie gdy otrzymał scenariusz filmu był już uznanym w Hollywood operatorem filmowym, autorem zdjęć do nagrodzonego w 1966 roku Oscarem Kto się boi Virginii Woolf?. Odpowiadał również za niebanalne kolorowe obrazy w rok późniejszym W upalną noc z Sidneyem Poitier w roli głównej. Przyłożył się również do wykreowania medialnego wizerunku niezłomnego kowboja Marlboro Mana, w legendarnej kampanii tytoniowego koncernu Philip Morris.

Nakręcony w stylu direct cinema Chłodnym okiem miesza fikcyjny wątek Catselasa i jego znajomej Eileen z autentycznymi wydarzeniami tamtego roku. Robi to tak dobrze, że stanie się inspiracją dla niezliczonych filmów balansujących na granicy fikcji i faktu, a również prototypem wciąż modnego nurtu mockumentów. Ta formalna skutecznie zresztą odwracała uwagę od wartości humanistycznej filmu, w wielu recenzjach z tamtego roku można znaleźć pochwały właśnie pod adresem jego formy a nie treści. Tymczasem Wexler mając na koncie uznane filmy fabularne i dokumentalne, oraz kontrowersyjne kampanie reklamowe, użył całego swojego doświadczenia i wrażliwości do stworzenia przejmującego obrazu społeczeństwa, które stoi na krawędzi gwałtownej przemiany. Pomimo tego widownia wolała jednak bezkresną pustynię odjazdu w Swobodnym Jeźdźcu z Denisem Hopperem i Peterem Fondą. Po wielu latach od premiery trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że narkotyczne działanie filmu Hoppera nieco zwietrzało, podczas gdy pełen szczerości obraz jakim jest Chłodnym okiem pozostaje na przekór tytułowi, wciąż gorący.