PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Przełęcz ocalonych (2016)

Recenzja "Przełęcz ocalonych" (2016), reż. Mel GibsonPrzełęcz ocalonych to dzieło kompletne, niemalże arcydzieło. Mel Gibson przygotował się perfekcyjnie do nakręcenia prawdziwej historii Desmonda Thomasa Dossa, pierwszego w amerykańskiej armii obdżektora. Zgłębił temat, wyciągnął na wierzch to co najważniejsze z opowieści (czyli człowiek) i uniknął wszelkich pułapek, w które mógłby wpaść pragnąc dogodzić przede wszystkim widzom szukającym blockbusterowych wrażeń. Skazany przeze mnie na niebyt w aktorskim czyśćcu Andrew Garfield (wskazuje na to między innymi moja recenzja kuriozalnego Niesamowitego Spider-Mana) tutaj zrehabilitował się aż nadto. Największa w tym zasługa fantastycznie napisanej roli. Jest tutaj bowiem wszystko, o czym marzy aktor. Jest ból, cierpienie, łzy, wzruszenie, miłość i szukanie wsparcia w Bogu.

Wcielając się w adwentystę dnia siódmego nieuznającego przemocy stworzył całe spektrum ludzkich zachowań. Desmond wierzył w Boga bardziej niż w cokolwiek innego na ziemi i przeszedł długą drogę, by znaleźć się w tym miejscu. Wstąpił do armii, by bronić wolności swojego kraju. Czego by nie napisać przy tej okazji o Stanach Zjednoczonych Ameryki, to jak zwykle trzeba być pod wrażeniem patriotycznego wychowania swoich synów i córek (dwóch przyjaciół Desmonda popełniło samobójstwo, bo uznano ich za niezdolnych do służby). Gdy Japonia przypuściła atak na Pearl Harbor, to jedno stało się pewne w armii USA – generałowie na brak chętnych do służby nie będą mogli narzekać. Desmond zaciąga się dobrowolnie z zastrzeżeniem o nieużywaniu broni. Chce być sanitariuszem i odmawia nawet przejścia przeszkolenia w zakresie obsługi karabinu…

Recenzja "Przełęcz ocalonych" (2016), reż. Mel Gibson

Przełęcz ocalonych do długa droga człowieka pełnego wiary w niezmącone niczym boskie wyroki. Narażając się na wojskową falę w związku ze swoimi przekonaniami, sąd wojskowy, a być może nawet więzienie, szeregowiec Doss wciąż wierzy. Nie ugnie karku ani na ziemi amerykańskiej, ani po przybyciu na Okinawę.

To wielki film, gdyż w centrum wydarzeń zawsze jest główny bohater i jego walka. Gibson zrealizował całość w taki sposób, że widzowie nabierają szacunku do Desmonda razem z jego kolegami z oddziału. „Przecież to tylko głupi karabin, weź go do ręki, strzel kilka razy w tarcze i będziesz mieć spokój” – tak właśnie myślałem. Stanąłem tym samym w szeregu z tymi, którzy jego wiarę i przekonania mieli za nic. Gibson zbudował emocje właśnie w taki sposób, by widz ewoluował, dojrzewał, nabierał przekonania co do tego chłopaka, żeby w jednej z ostatnich scen przy słowach dowódcy „Jeszcze nigdy tak się nie pomyliłem co do człowieka” niektórzy bardziej butni na kinowych fotelach mogli zawstydzeni tylko ów słowa po cichu potwierdzić.

Recenzja "Przełęcz ocalonych" (2016), reż. Mel Gibson

Jeżeli chodzi o sam atak na ten skąpany we krwi klif na Okinawie, to wracający po dziesięciu latach do reżyserki Mel Gibson pokazał dlaczego jest twórcą wybitnym. Kino batalistyczne z epickimi scenami z Braveheart: Waleczne serce (jedna z moich dziesiątek) ustaliło pewną poprzeczkę na temat podejścia do realizacji tychże scen. Twórca późniejszej Pasji, czy niedocenionego Apocalypto, nie owijał w bawełnę w Przełęczy Ocalonych  na żadnym etapie przy kadrowaniu kolejnych wojennych obrazków. Mamy więc do czynienia z maksymalnie realistycznie oddanym przebiegiem bitwy wraz ze wszystkimi detalami z najgroźniejszych zakątków Waszej wyobraźni. W perspektywie ogólnej jest to gore do potęgi. Jednak Gibson nie skłonił się w ujęciu realizacyjnym tylko i wyłącznie w kierunku krwawej łaźni. Zobaczycie tu wiele nowatorskich ujęć i sekwencji. Natomiast wieloma fragmentami będziecie tak samo zaskoczeni, jak wtedy gdy Spielberg zaprosił nas do kina na Szeregowca Ryana i pokazał na wielkim ekranie lądowanie w Normandii. Przełęcz Ocalonych to kolejny ważny tytuł po wspomnianym dziele Spielberga i o tyle ważny, że myślałem, iż kino wojenne spokojnie i po cichu dogorywa.

Mel Gibson jak widać potrzebował przerwy. Zrealizował dzieło niezwykle mądre nie zapominając jednak, że kino to miejsce, gdzie ważne są przed wszystkim płynące z ekranu emocje. Jego kino wojenne dostarcza ich aż nadto. Jednocześnie twórca nie odżegnuje się od tematów, które interesują go w szczególności. Więcej! Połączył w Przełęczy ocalonych problem wiary i wojnę. Życie i śmierć. Postać Desmonda, który niczym Dawid walczy z wojenną machiną – Goliatem. I wygrywa na wszystkich frontach. Co najważniejsze, zyskuje szacunek widza najczęściej odnoszącego się do tematu wyznania co najmniej nonszalancko, czyli mnie. Polecam z całego serca.

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema City

Czas trwania: 131 min
Gatunek: Historyczny, Wojenny, Dramat, Biograficzny
Reżyseria: Mel Gibson
Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan
Obsada: Andrew Garfield, Richard Pyros, Jacob Warner, Milo Gibson, Hugo Weaving, Vince Vaughn, Sam Worthington
Zdjęcia: Simon Duggan
Muzyka: Rupert Gregson-Williams

  • torne

    Zgadzam się w 99,9% (Apocalypto jak dla mnie to film zdecydowanie przeceniany)

    • Ja natomiast, chociaż tak jak napisałem również się z Tobą zgadzam :), to jedna rzecz nie daje mi spokoju. Mianowicie próba jakiegokolwiek porównania „rzezi” do filmu Smarzowskiego. To był inny wymiar historii i niektórych rzeczy nawet my byśmy nie chcieli obejrzeć (bardziej doświadczeni widzowie). Wojna i rozkurw na polu bitwy mogę zrozumieć. Smarzowski miał trudniejsze zadanie, bo swoim stopniem okrucieństwa mógł tylko krążyć wokół ludzi niewinnych, dlatego moim zdaniem wybrnął znakomicie. Co do reszty („Wołyń”) to jak zwykle dobrze uargumentowałeś, więc pozostaje mi milczeć 😛

      • torne

        Ale ja nie porównuję wydarzenia historyczne, a tylko sposób ich pokazania. Gibson potrafił połączyć osobistą historię konkretnej jednostki i historyczne wydarzenia, jedno nie przysłania drugiego, każde osobno i razem wywołuje reakcję. Mój zarzut do Smarzowskiego jest prosty – tam nie ma bohaterów, zarówno pierwszoplanowego (Zosia nie ma w sobie nawet 1/10 emocjonalnego potencjału Dossa), jak i epizodycznych (u Gibsona nawet pomniejsze postaci są wyraziste i kiedy coś im się dzieje, ma to znaczenie, wywołuje uczucia; u Smarzowskiego drugi plan jest płaski jak wycinanka z papieru i jeśli już na kogoś zwróciłem uwagę, to z niefilmowych powodów – np. reklama sieci sklepów)

        • Bardziej chodziło mi o zarzut, że Smarzowski nie potrafił pokazać rzezi (w sensie wizualnym). Resztę zarzutów rozumiem. A tak po prawdzie to jestem teraz szalenie ciekawy Twojej oceny filmu „Jestem mordercą”

          • torne

            Ale technicznie ja nie mam do Smarzowskiego zarzutów. Od dawna uważam, że pod tym względem nie ma w Polsce sobie równych. Jak jednak udowadnia Gibson sama sprawność techniczna nie wystarczy, szczególnie w przypadku przemocy, która miała miejsce naprawdę i dla wielu osób jest tematem ważnym emocjonalnie.

            A co do „Jestem mordercą”, to póki co nie zamierzam iść na niego do kina. Muszę sobie zrobić chwilę przerwy od polskich produkcji i jeśli nie będę musiał, to na razie zamierzam je ignorować

  • Były momenty w którym film niebezpiecznie ocierał się o granice absurdu i strawnej patetycznosci, ale na szczęście udało się tego uniknąć. A i zadanie Gibson miał trudne, bo z tego co czytałem o Dossie, to wyczyniał takie rzeczy, że gdyby reżyser pokazał je wszystkie, to widz by w to nie uwierzył. W swojej recenzji odczucia mam podobne, film też oceniam wysoko. Fajnie że Mel wrócił 🙂

    • Ja tam strawiłem wszystko, ale już na przykład był fragment gdzie bałem się, że Mel popłynie. Doss leci na noszach do góry i jest to tak skadrowane, że nie widać śmigłowca, a tylko liny i rannego wznoszącego się do nieba. „Oho.. myślę. Lepiej się zatrzymajcie z takimi obrazkami”. Zatrzymali się 🙂

  • Pingback: Silence (2016) - Po napisach | z pasją o filmach()