András wraca do ojczyzny po 10 latach. To szmat czasu – był w Ameryce, w kraju wielkich perspektyw, ale najwyraźniej tych perspektyw nie zauważył. Nie mógł się odnaleźć. Jak większość rodaków pracował za oceanem fizycznie. Kim jest po powrocie? To niby ten sam człowiek, ale wewnątrz jakiś inny – dużo w nim ukrytego gniewu, buntu, toksyn, których nie przetrawił i już nigdy nie przetrawi. Dekadę wcześniej pracował na uczelni, stracił swoje najlepsze lata na obczyźnie.
A teraz? Teraz próbuje wszystkiego po trochu, ale przede wszystkim chciałby nadgonić czas, kiedy go nie było. Chce iść na skróty, pragnie być ojcem bez narodzin dziecka, chce, żeby go wszyscy lubili. Pracuje na roli, działa jako lektor, miota się wewnętrznie i zewnętrznie. Jest w tym szale i rozdarciu, bo niby wrócił, ale tak naprawdę ciągle jest w podróży.
Fabuła jest prosta. Jak to w domu opowiada o mężczyźnie wracającym z emigracji do kraju, który nie jest już jego miejscem. Przyjeżdża na rodzinną wieś, próbuje odbudować relacje, ale każde spotkanie odsłania tylko pęknięcia.
Historia emigranta pokazuje, że czas spędzony za oceanem nie leczy ran.
Zaprzyjaźnia się – choć droga jest trudna – z córką sąsiadów. To ważne spotkanie, kluczowe dla opisu filmowego charakteru, motywów, wątków przewodnich, w końcu dla interpretacji całego filmu. Dla Andrása to kontakt z kimś, kto nie rozumie jego historii, a przez to nie może jej potwierdzić ani zanegować.
Jak o w domu (Olyan mint otthon) wyrasta z potrzeby opowiedzenia o powrocie, który nie przynosi ukojenia. Marta Mészáros decyduje się na historię pozornie prostą, ale w rzeczywistości rozszczelnioną. Wybiera aktorów o silnych temperamentach. Zobaczymy tutaj Jana Nowickiego (był już wówczas w bliskim związku z reżyserką), Anne Karinę, charakterną Zsuzsę Czinkóczi.
Wszystko pulsuje niepokojem pod sielską powierzchnią, stając się idealnym tłem dla rozdarcia bohatera.
Pod wieloma względami to film niezwykły, chociażby dzięki występom. Aktorzy tworzą układ niestabilny, ale właśnie dzięki temu prawdziwy. Nowicki gra mężczyznę, który nie potrafi wrócić do siebie, bo nie ma już do czego wracać. Jego twarz jest zmęczona, ale nie zrezygnowana – wciąż się bije, wciąż walczy. Dziewczynka jako kontrapunkt ciągle sprowadza go na ziemię. Dziwna to relacja, ale warto ją zobaczyć dla tej specyficznej chemii. Ich kontakt – dorosłego mężczyzny i dziecka – nie rozwiązuje niczego, ale pozwala na chwilę zawieszenia. To zawieszenie jest najważniejsze: pokazuje, że czasem jedyną formą bliskości jest wspólna próba przetrwania dnia.
To kino przez to tyleż piękne, co dziwne, osobliwe, z postacią, którą chciałoby się raczej zaklasyfikować jako antybohatera.
Mészáros mówi o tym, że powrót nie zawsze jest możliwy. Nie daje nadziei, ale daje czułość. Ta filmowa czułość jest surowa, pozbawiona iluzji – właśnie dlatego działa. Warto poświęcić chwilę na atmosferę sielskiej wsi, którą pięknie zamknął w kadrach Lajos Koltai (w 2001 roku otrzymał nominację do Oscara za zdjęcia do Malèny Giuseppe Tornatore). To operator, który potrafi wydobyć z pejzażu niepokój. Przepięknie wygląda ta wieś: jeziora, słońce nieustannie zawieszone w swojej najlepszej barwie – miałem wrażenie, że najczęściej występującą porą dnia to jego schyłek i te momenty z zachodem słońca.
Mészáros buduje film z ciszy, miękkiego światła i gestów urwanych w pół drogi. Bohaterowie krążą wokół siebie jak ludzie, którzy próbują znaleźć wspólny rytm, choć wiedzą, że nie mają już dokąd wracać. Dobry, ale trudny, problematyczny przy próbach uchwycenia wątku.
Czas trwania: 110 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Márta Mészáros
Scenariusz: Márta Mészáros, Ildikó Kórody
Obsada: Zsuzsa Czinkóczi, Jan Nowicki, Anna Karina, Ildikó Pécsi
Muzyka: Tamás Somló
Zdjęcia: Lajos Koltai

