Na początek garść cytatów. Ot, takich w trakcie seansu. Nie moich.
„W książce chodziło o coś zupełnie innego. Ten film powinien mieć inny tytuł. Równie dobrze mogliby mieć na imię Adam i Ewa. To niezły film, ale nie ma nic wspólnego z książką. W powieści w ogóle nie było erotycznego napięcia, to odbywało się na innych zasadach. Oni byli od siebie uzależnieni psychicznie. A gdzie brat? Przecież to był najważniejszy wątek, książka była o powracającym motywie w ich życiu”.
Tak, ciężko się oglądało Wichrowe wzgórza z moją żoną, dla której powieść Brontë to ta ukochana historia, którą czytała kilkukrotnie.
Pożądanie, które nie dojrzewa — krąży w miejscu, nie znajdując ani sensu, ani prawdziwego ognia.
Nie poddałem się tej krytyce – ja książki nie czytałem, oglądałem z czystą głową. Podobało mi się kilka elementów, zarzuty oddanej fanki twórczości Emily Brontë zrozumiałem, ale trudno mi się do nich odnieść. Dla mnie to był rzeczywiście (w tym konkretnym wydaniu) film o pustym pożądaniu, które, owszem, istnieje, może trwać, ale zawsze w końcu będzie tak bardzo nasycone, że nie przetrwa dłużej niż sezon. Nigdy nie uwierzę w pewną nieskończoność tego stanu, bo znajduję się już w innym miejscu i w innym czasie. Innymi słowy, pożądanie jest ważne, trzeba je podsycać, ale o inne rzeczy też trzeba zadbać w związku.
Dlatego rozumiem fascynację Heathcliffa i Cathy sobą nawzajem, pojmuję to, co rozpala ich żądzę, ale nie kibicowałem żadnemu z nich. Fakt, że oboje byli w moim odbiorze mało sympatyczni, był oczywiście znaczący.
Wichrowe wzgórza – piękne widowisko, które nie angażuje.
Jeżeli miałbym więc wskazać jakiś większy problem, to taki, że nie mogłem im właśnie towarzyszyć w tej podróży. Ważny wątek z powieści (wyjaśniony mi dokładnie) – czyli motyw zemsty, szaleństwa, obłąkania nawet – tutaj również jest, ale nie tak intensywny i naznaczony przemocą, jak mógłby być w filmowym medium.
Z relacji oddanej czytelniczki rozumiem, że właśnie zemsta i wspomniane szaleństwo dominowały na kartach powieści w dużej mierze. Tutaj to występowało, ale znowu – nie odczułem tego. Nie poczułem, bo żeby zemsta mogła zostać zaspokojona, widz musiałby w jakiś sposób utożsamiać się z którąś ze stron. U mnie był to ten sam problem co wcześniej – nie polubiłem Cathy, nie było mi jej szkoda, podobnie jak nie było mi żal Heathcliffa. Jedyne, co mogło mnie napawać smutkiem, to zaślepienie Edgara. Ale to znowu rzecz zrozumiała, raczej typowa przy zauroczeniu. Można być mądrym, siedząc z boku, ale gdy Amor trafi cię w konkretną część ciała, to przecież sam tej strzały nie wyjmiesz.
Dla mnie to było tylko przeciętne widowisko. Nie sprawdziło się jako dramat, nie zadziałało jako miłosna tragedia. Ten popowy anturaż (chociażby muzyka) może i był czymś interesującym, i w strukturze formalnej można było zachłysnąć się udanymi zdjęciami, wiarygodną scenografią, nawet aktorstwem, ale to wszystko było dla mnie tak odległe i obce, że oglądałem raczej z pozycji ciągłego malkontenctwa. I nie potrafiłem z tego wyjść.
Gatunek: dramat
Reżyseria: Emerald Fennell
Scenariusz: Emerald Fennell
Obsada: Margot Robbie, Jacob Elordi, Hong Chau, Shazad Latif, Alison Oliver, Martin Clunes
Muzyka: Anthony Willis, Charli XCX
Zdjęcia: Linus Sandgren

