Ten wehikuł czasu narysował Brett Parson, a współrzędne wpisał scenarzysta Rick Remender. Na jego pisarski talent zwróciłem uwagę już przy Ofiarnikach, znakomitej serii dark fantasy.
W Żółtodziobach pozornie wracamy do lat nastoletnich. Wróć, to przecież nie są nasze czasy. Nie nasze kolory, nie nasza młodość. Świat przedstawiony w komiksie jest nam znajomy, ale głównie z drugiej ręki: z telewizji satelitarnej, z MTV (którego muzyczne stacje zniknęły z polskiej kablówki 31 grudnia 2025 roku).
Żółtodzioby. Oddychając młodością.
Komiks Remendera i Parson to niezwykle angażujące coming-of-age, które przez blisko dwieście stron pędzi na złamanie karku niczym jazda na deskorolce przy akompaniamencie surowych, punkowych porykiwań Black Flag. Podobną wrażliwość uchwycił Jonah Hill w filmie Najlepsze lata (Mid90s).
Choć Żółtodzioby rozgrywają się w połowie lat 80. w Sacramento, wiele łączy je z filmem Hilla: ten sam koloryt, ta sama nostalgia i to samo zaciśnięte gardło nastolatka, który zmaga się z piekłem dorastania – z momentem gdy hormony buzują ponad miarę, a świat staje się jednocześnie zbyt ciasny i zbyt intensywny.
Kolory, muzyka, deskorolki.
Przedmieścia Kalifornii lat 80. stają się tu przestrzenią narracji. To tam Rick, świeżo po przeprowadzce, pozostawiony sam sobie przez rodziców zajętych własnymi problemami będzie szukał tożsamości, budował siebie, odkrywał własną historię. Radzi sobie jednak świetnie: jest otwarty, chłonie nowe znajomości, naturalnie wchodzi w lokalną subkulturę. Jeździ na deskorolce z emblematem Tony’ego Hawka (od firmy Powell Peralta, projektu Vernona Cortlandt Johnsona), w telewizji rodzice ćwiczą do taśm Jane Fondy, a on sam słucha dobrej muzyki – wspomniane już Black Flag, Dead Kennedys, Judas Priest. I wygląda tak, jak powinien wyglądać kalifornijski nastolatek tamtych czasów. Zdobywa przyjaciół, wpada w kłopoty z lokalnymi osiłkami, jest krew, miłość, pocałunki, jazda i rozróba.
Rasowy coming-of-age? Zdecydowanie. Parson rysuje po bandzie, przywołując estetykę lat 80. To przejaskrawione kolory, mocne wypełnienia, przerysowane miny i czasem groteskowe pozy. Bohaterowie z tymi przesadzonymi gestami idealnie stapiają się z duchologią świata przedstawionego. Żółtodzioby siedzą w swoim czasie i miejscu tak mocno, jak tylko się da. Stroje, rampy, okładki płyt muzycznych, sklepy na przedmieściach, samochody, wygląd każdej postaci (tu i ówdzie pobrzmiewa Derf Backderf), każdy artefakt – wszystko się zgadza, łącznie z okładkami płyt. Nawet konkretny numer Penthouse’a spod łóżka nie jest wymyślony; to idealny element tej rzeczywistości.
Nic dziwnego, że Żółtodzioby potrafią skraść serce i robią to bez wysiłku. Mają własną historię, są dynamiczne, świetnie napisane i narysowane, w pełni świadome swojej konwencji.
Rysunki: Brett Parson
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Skład: Robert Sienicki
Korekta: Hanna Antos
Ilość stron: 192
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Nagle! Comics
Format: 170 x 260 mm
