Czarny kot

Kuroneko, albo Czarny kot z 1968 roku w reżyserii Kaneto Shindō otwiera jedna z najbardziej wstrząsających sekwencji w historii kina. Już od pierwszych minut wiemy dokładnie, gdzie jesteśmy, a twórca natychmiast ustanawia ton opowieści – duszny, niepokojący, przesycony świadomością, że sielanka potrafi w jednej chwili obrócić się w piekło.

W czasie wojny domowej w feudalnej Japonii Yone i jej synowa Shige zostają napadnięte, zgwałcone i zamordowane przez grupę samurajów, a ich dom staje w płomieniach. To otwarcie jest jak bomba atomowa tej opowieści. Przez długie minuty patrzymy na płonące domostwo, pozostawieni sam na sam z obrazem, który trudno wymazać z pamięci. Shindō doskonale wie co robi, ciężko się pozbierać po takim rozpoczęciu.

Czarny kot - KuronekoCzarny kot jako hipnotyczny labirynt winy i pożądania.

Kobiety powracają jako zjawy. Zwabiają samurajów i prowadzą ich do miejsca, gdzie niegdyś stał ich dom. Duchy potrafią przywołać iluzję wspaniałej posiadłości, w której goście częstowani są strawą, sake i towarzystwem pięknej Shige. Finał każdego z tych spotkań jest jednak identyczny: o świcie w pobliżu zgliszcz znajdowane są ciała mężczyzn z rozszarpanymi gardłami, porzucone w cieniu bambusowego zagajnika.

To opowieść o klątwie, grozie i bólu, ale również o tragedii, która wykracza poza ramy gatunku. Fabuła gęstnieje, gdy z wojny wraca wojownik Gintoki – jedyny, który może zgładzić duchy. Nie wie jednak, że wraca także do własnej przeszłości, z nadzieją liczy na spotkanie z dawno niewidzianą żoną i matką. Zaprawdę, bolesne czeka go doświadczenie.

Najbardziej uderzającym elementem Kuroneko jest jego sfera wizualna. Czarno białe zdjęcia Kiyomi Kuroda tworzą przestrzeń niemal abstrakcyjną. To świat zawieszony między życiem a śmiercią. Zabójstwa samurajów to forma rytuału. Duchy nie mogą się zatrzymać, takie jest przeznaczenie ich dalszego pośmiertnego losu. Autentyczny horror rozgrywa się przy pomocy nastroju, cieni i przy świadomej grze świateł. Za sferą wizualną idą dźwięki i oszczędna muzyka. Szelest bambusów, miauczący kot, jakieś zawodzenie. Zatem dominuje minimalizm, ale efekt jest przy tym piorunujący.

Gęsty, duszny dramat, w którym każdy gest prowadzi do katastrofy.

Reżyser nie przedstawia duchów jako potworów, chociaż tak o nich mówi zarządca tych ziem. On chciałby się jak najszybciej uporać z problemem. Zapewne wie (jak i wszyscy), że na terenach przy bambusowym zagajniku stało się coś złego. Ale szybko możemy stwierdzić, że tego rodzaju problemy nie zaprzątają jego głowy. Ktoś zginął, spłonęło jakieś domostwa, tak bywa. Zatem duchy się mszczą, ale tutaj trzeba na fabułę patrzeć szerzej. To kino zemsty, owszem, ale przy tym wszystkim Czarny kot jest filmem głęboko feministycznym. Zemsta to akt desperacji, opór, każdy jeden mężczyzna prowadzony do zagajnika okazuje się tym butnym i agresywnym samcem.

Czarny kot łączy więc grozę i refleksję nad cierpieniem. To też opowieść o traumie i niemożliwości pojednania. Wojownik pozostający w strukturach władzy nie ma łatwego zadania. Musi wykonać rozkaz, zapewne jak wówczas wielu innych żołnierzy. Nie ma tam miejsca na empatie, tylko czas dla siepaczy, którzy w sposób niemy egzekwują kary, wykonują egzekucje.

Wnioskiem kończącym seans może być to, że zemsta wcale nie prowadzi do wyzwolenia, ani w zasadzie do niczego. Napędza tylko spiralę przemocy. Reżyser sugeruje że nie ma w takich przypadkach szans na pojednanie i spokój ducha.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 99 min
Gatunek: dramat, horror
Reżyseria: Kaneto Shindō
Scenariusz: Kaneto Shindō
Obsada: Kichiemon Nakamura, Nobuko Otowa, Kiwako Taichi
Zdjęcia: Kiyomi Kuroda
Muzyka: Hikaru Hayashi