PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Zjawa (2015)

Istnieją pewne filmy, przy okazji których nie sposób rozmawiać tylko w odniesieniu do osoby reżysera jako twórcy. Zjawa to idealny przykład na udany związek reżysera i operatora, w tym przypadku Alejandro Gonzáleza Iñárritu i Emmanuela Lubezkiego. To nawet coś więcej niż związek. To twórcza symbioza, gdzie reżyser i operator stali się jednością.

Rok 1823, Dakota Południowa. Grupa myśliwych i traperów pod dowództwem kapitana Andrew Henry’ego (Domhnall Gleeson) urządza polowania celem zdobycia drogocennych skór i futer. Jednak ani tereny, ani rdzenni mieszkańcy nie są do nich przyjaźnie nastawieni. Dochodzi do starcia z Indianami i pospiesznej ewakuacji Amerykanów. Wśród ocalałych jest jeden traper o wyjątkowych umiejętnościach…


Prawie jak tańczący z wilkami, znający doskonale teren, Glass (Leonardo DiCaprio). Tylko on może zagwarantować bezpieczny powrót do domu. Natura jest jednak u Iñárritu bezlitosna, a tym bardziej pod postacią pół tonowego niedźwiedzia grizzly. Rannego i będącego na skraju śmierci Glassa kapitan Henry pozostawia pod opieką jego syna Hawka, młodego myśliwego Bridgera (Will Poulter znany z komedii Millerowie) i głównego sprawcy nadchodzącego dramatu – Johna Fitzgeralda (Tom Hardy).

Fitzgerald z na wpół oskalpowaną czaszką nauczył się ostatnio jednej rzeczy – nie ufać ludziom, światu, nikomu. Zrobi wszystko, by przeżyć. Zabija Hawka, zarzuca dymną zasłonę na Bridgera, pozostawia leżącego we własnym grobie Glassa. Tak się rozpoczyna walka o życie i prawo do zemsty.

Natura to główny bohater Zjawy. Nie ma co do tego wątpliwości, że duet Iñárritu & Lubezki pokazują dobitnie ile dla niej znaczymy na naszej planecie. Jesteśmy niczym ziarnko piasku na plaży. Niczym kropla deszczu w trakcie ulewy. Nie znaczymy nic. To, że istniejemy nie zależy od naszej inteligencji. W Zjawie liczy się tylko łut szczęścia i doświadczenie. Mądrość życiowa pozwala przeżyć odrobinę dłużej. Chociaż to i tak na nic się zda, gdy natura weźmie oddech, przewróci się na bok, zrobi cokolwiek… Może to być lawina, niedźwiedź, wilki, stado bizonów. Jesteśmy nawozem dla tej ziemi, pokarmem dla jej dzieci. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla stwórcy? Iñárritu wydaje się być pragmatyczny w podejściu do Boga. Bóg istnieje, ale nie jako obiekt wierzeń (chociaż odwołują się do niego myśliwi i  powierzają na łożu śmierci). Na nic to się zdaje w przypadku nadciągającego mrozu. Natura u filmowego twórcy kpi sobie z Boga. Fitzgerald przez cały seans wygląda jak opętany, ale jego historyjka o własnym ojcu, który spotkał Boga w zagajniku jest prawdziwa i oddaje ducha całego filmu. Taki właśnie jest świat wykreowany w tym filmie. Liczy się to, czy masz się czym okryć, co zjeść. Bóg istnieje w tej tłustej wiewiórce, które podeszła Ci pod nóż, kiedy byłeś najbardziej głodny. Nie można się z tym nie zgodzić.

Naturalizm w filmie Zjawa był już omawiany i będzie omawiany jeszcze długo po premierze. Jednak zabieg Iñárritu nie jest czymś nowym w kinie. Podejrzewam, że chęć zmniejszenia dystansu pomiędzy światem z kinowego ekranu a widzem była tak ogromna, że reżyser zdecydował się postawić na tę kartę wszystko. Zdjęcia robione przez Lubezkiego, które wyglądają przez większość czasu jak gotowe okładki do kolejnych numerów National Geographic to jedno, ale złapane w obiektyw środowisko naturalne to główny wyznacznik drogi jaką poszli twórcy. Za tym idzie nie tylko obraz, ale również odgłosy, aktorskie kreacje (ogromne brawa dla Leonarda Di Carpio i Toma Hardiego), charakteryzacja, sposób mówienia (coś, czego brakowało mi przy okazji The Hateful Eight). Rozumiem, albo raczej wyrażam przekonanie, że to ten moment, gdy Iñárritu stara się przedstawić świat takim jaki był. Bez upiększeń. Być może jest to również pewien etap dojrzałości twórcy, być może sposób na wyrażanie własnej miłości do historii naszej ludzkości. Podobną drogą poszedł w pewnym momencie Mel Gibson przy okazji Apocalypto (2006), a później swojej Pasji (2004). Jest to więc kino inne, mniej odprężające, przez większość czasu nawet… nudne. Jednak w przypadku takich obrazów, ja automatycznie przestawiam się na odmienny rodzaj doznań i zaczynam w szczególny sposób odbierać to co widzę. To po prawdzie mało rozrywkowe kino, opierające się na egzaltowaniu pierwotnych ludzkich potrzeb, a może raczej naturalnych.

Iñárritu i tym razem stawia pojedynczego człowieka na arenie zmagań. Budując i kreując zarazem tło i odniesienia posługuje się poetyką kina znaną z obrazów Terrence’a Malicka. Być może niektórym nie przypadną do gustu związane z tym liczne metafizyczne nawiązania. No, bo niby w jakim celu uszlachetniać dzicz? Tu chodzi przecież o przetrwanie, a nie stawianie pozazmysłowych posągów. Dla mnie było to nie tyle potrzebne, co raczej idealnie współgrało ze stylem realizacyjnym narzuconym przez operatora. Czasem przyjdzie nam spojrzeć przez dłuższy czas na ogromną przełęcz, ośnieżone szczyty. Czasem wrócimy wspomnieniami do czasów spokojnych, zupełnie jak u Malicka w Cienkiej czerwonej linii (1998) w scenach w wiosce. Nad tym wszystkim pobrzmiewa groźnie muzyka autorstwa Ryuichi Sakamoty i Carsten Nicolaia. Kompozycje nie nastrajają optymistycznie i ciężko w nich znaleźć nutę dającą nadzieję na polepszenie sytuacji bohaterów. To raczej smutne i agonalne tchnienia wyzierające z dusz bohaterów walczących o życie.

Pomimo tego, że ziemski padół u Alejandra jest na wskroś nieprzyjazny (nawet grobu nie można sobie wykopać spokojnie), to w rezultacie jest sprawiedliwy. Zemsta jednak nie przychodzi tu łatwo. Główny bohater musi przejść survivalovy hardcore. Jak mówi później: „Nie boję się już śmierci. Mam to już za sobą”. Na zemstę trzeba bowiem u reżysera zasłużyć.

Nie mogę ocenić filmu inaczej niż bardzo dobry, gdyż doceniam ogromny wkład ekipy w powstanie tego dzieła. Celującą ocenę trzeba wystawić operatorowi. Tu nie chodzi już tylko o mistrzowski wręcz sposób na prezentację historii, nie chodzi nawet o specjalne zabiegi jakie powziął Emmanuel Lubezki, by wszystko wyglądało zarazem pięknie i naturalnie (na przykład wykorzystanie naturalnego oświetlenia). Celująca ocena należy się, bo pokazał w kinie parę nowych rzeczy, jak choćby piesza ucieczka Glassa z płynnym przejściem do ucieczki na koniu.

Nie mogę natomiast ocenić filmu wyżej niż bardzo dobry, bo tytuł stoi na granicy, gdzie film przestaje być kinowym przeżyciem (nawet rozrywką), a jest dogłębną penetracją pragnień twórcy, który przez swoją dosłowność stoi w pewnym momencie pod ścianą, gdzie nie ma już miejsca na „magię kina”. Jestem ogromnie ciekaw, czy po „takim” filmie Alejandro jest w stanie nakręcić coś… skromnego. A wszystko po Zjawie wydaje się być skromne.

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema City
8/10 - bardzo dobry

Czas trwania: 156 min
Gatunek: Dramat
Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Mark L. Smith, Alejandro González Iñárritu, Michael Punke (na motywach powieści)
Obsada: Leonardo DiCaprio, Tom Hardy, Domhnall Gleeson, Will Poulter
Zdjęcia: Emmanuel Lubezki
Muzyka: Carsten Nicolai, Ryuichi Sakamoto

  • Cóż mogę rzec.
    Nigdy nie widziałam tak pięknego filmu. Co chwilę wyobrażałam sobie kolejne ujęcia oprawione w ramkę i powieszone na ścianach mojego mieszkania. Żałowałam, że nie miałam pilota z przyciskiem STOP. Wizualnie i dźwiękowo jest to mistrz, perła i creme de la creme. Ten brud, woda, wszystkie odgłosy lasu, które od dziecka są dla mnie czymś fascynującym (każdą wolną chwilę spędzałam w lesie). Także wizja i fonia 100/10.
    Aktorsko świetnie acz ubolewam nad lekkim pomijaniem Tomka H. Wszędzie tylko ten Leonardo. A ja uważam, że Tomek odwalił kawał dobrej roboty, wreszcie nie grał Banem, zmienił sposób mówienia i chód. A rolę załatwił mu Leonardo. Dobry kolega.
    Widziałam trochę "Birdmana" i trochę Wesa Andersona w sennych wizjach. Ciekawe, że poprzednie filmy, które widziałam – "Amores Perros", "21 gramów", "Babel", "Biutiful" (fragmenty bo nie zeżarło) były surowe, twardo stąpające po ziemi i nie pozostawiające złudzeń. Odkąd reżyser polubił się z Hollywoodem ma jakieś dziwne ciągoty do lewitacji i omamów.
    Scena z koniem – mistrz. Ej, jak to możliwe, że podczas skoku koń w swoją stronę, a Leo w swoją? Genialne.
    Reasumując. Przyrodniczo, zdjęciowo i dźwiękowo film miażdży system i wszystko, co do tej pory widziałam.
    Fabuła – spoko ale jednak momentami nudy na pudy. Ileż można sapać czołgając się po śniegu.
    Aktorsko – wnoszę o traktowanie Tomka na równi z Leo.
    Muzyka – na depresyjne momenty życia idealna.
    Aaaaaa i ta scena z wejściem w konia. Feniks z popiołu. Mniam.

  • Tom dużo grał. Nawet całkiem sporo zważywszy na fakt, że ten film nie był o nim. No ale Wesa Andersona to tam Madaleno za cholerę nie widziałem. Za to od groma Terence'a Malicka. Wszystkie sceny z przypominaniem sobie życia w wiosce (jak leżeli z małym na futrach itd.) to jak nic sceny z wioski z "Cienkiej czerwonej linii). Cały film zresztą przesycony był tymi Malickowymi filozoficznymi wywodami. Głosy, wizje, nawet miejscami muzyka. I w sumie to nic dziwnego, bo Lubezki był przecież operatorem w "Drzewo Życia", "Knights of Cups". "Wątpliwości" i kolejny, jeszcze z roboczym tytułem "Untitled Terrence Malick Project" (z Fassbenderem! :P). Obawiam się więc, że Innaritu dał się porwać do tańca aktualnej stylistyce w jakiej porusza się Lubezki i stąd te omamy. Lubezki właśnie w tym stylu obecnie kręci, podjeżdża z obiektywem pod samą papę i wprowadza od cholery nowatorskich ujęć i patentów (przecież w samej "Zjawie" było od cholery nowych pomysłów)

  • Film wizualnie i technicznie fantastyczny… szkoda jednak że nie idą za tym emocje… ja wiem, być może to obraz bardziej kontemplacyjno-mistyczny ale tylko momentami film trzymał za gardło…
    Największy problem miałem chyba z tym że pomimo, a może dzięki temu fantastycznemu bliskiemu uczestnictwu w akcji czułem, że się jak na filmie akcji klasy B… czyli zupełnie nierealistyczne wychodzenie z opresji (chociażby wychodzenie z grobu… powinno to długie dziesiątki minut jak nie godziny, cudowne unikanie strzał i kul (w kilku momentach)… o ironio chyba najbardziej realistyczny wydaje się w tym momencie motyw z koniem…
    potrafiłem tylko podziwiać wirtuozerię operatora… nie przełożyło się to emocje związane z historią i losami głównego bohatera…

  • "być może to obraz bardziej kontemplacyjno-mistyczny" – Jak najbardziej. Chyba słusznie zrobiłem, że w miarę szybko nastawiłem się na właśnie takie odbiór. A jeszcze słowem zdjęć. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak Ciebie (skoro fotografią się parasz choćby z pasji) obraz musiał czasem wcisnąć w fotel.

  • Obraz tak… ale jak chcę zachwycać się samym obrazem mogę pooglądać zdjęcia.. idąc na film raczej oczekuje kompletnych wrażeń na większej liczbie poziomów niż tylko wizualnej…
    Oczywiście to nie jest zły film.. nie nudziłem się na nim tak jak na najnowszym Tarantino 😉 natomiast wyglądało to raczej tak że od początku byłą wizja filmu "graficzna"… a zapomniano popracować nad samym scenariuszem… (jakby scenariusz był zrobiony na bardziej typowy film przygodowy a wziął się za niego reżyser z bardziej artystyczną podejściem…) i to mi zgrzytało…

  • Będę jednak twardo trzymała się długich włosów Wesa. Scena z lewitowaniem jest w jego klimacie jak w mordę strzelił. Co do Malicka – jak ja nie trawię. Zupełnie nie moje filmy. Jeśli miałabym podać tytuł jakiegoś pretensjonalnego filmu to z pewnością byłoby to "Drzewo życia" tfu. Na szczęście w "Zjawie" nie znalazłam nic z tego pana. Zupełnie inne te senne mary, bardziej czytelne, potrzebne i dające nadzieję, że będzie dobrze.
    Lubezki niech tak dalej robi, a Oscary przestaną mu się mieścić na szufladzie z bielizną. Szacun.

  • Idąc na film powinno się oczekiwać wyłącznie wrażeń wizualnych. Od tego jest to medium.

  • Idąc na film powinno się oczekiwać wyłącznie wrażeń wizualnych. Od tego jest to medium.

  • Ciekawe podejście… No jeżeli mówimy Star Wars… to owszem…
    Zresztą ja lubie ładne filmy… ale tutaj zdecydowanie chciano coś przekazać… i ten przekaz przyblakł pod strono techniczno-wizualną…

  • Podpisuję się pod słowami tomiga. Od stroy wizualnej film świetny ale czegoś brakuje fabule. Leo za tą rolę nie zasłużył a oskara a pewnie dostanie.

  • Fabule nie brakuje niczego, to idealnie doprowadzona do końca klasyczna "revenga", z genialną rolą Hardy'ego i na moje oko 99% pewnym oscarowskim Leosiem. Dlaczego niby nie zasłużył?