PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Invictus (2009)

Invictus - 2009

Oprócz muzyki i Dzikiego Zachodu, to właśnie sport jest kolejną pasją Eastwooda. Swoim filmem Invictus dał chyba upust swoim młodzieńczym pragnieniom. Jednak mieć pasję to jedno, a znać się na pokazaniu dobrego sportowego widowiska to drugie. Ktoś może napisać, że przecież Invictus to nie tylko rugby, to przecież opowieść o nadziei jaką daje sportowe zwycięstwo. To prawda, jednak w filmie muszą współgrać wszystkie elementy. Tutaj, oprócz świetnie nakreślonego wątku Mandeli, który chce wskrzesić miłość narodu do drużyny sportowej, reszta po prostu umyka. Jak woda wlana do dziurawego wiadra, po prostu w zastraszająco szybkim tempie uchodzi z historii namiętność…




Głównym bohaterem filmu wyreżyserowanego przez Clinta Eastwooda jest naród RPA. Naród, z dopiero co uwolnionym i wybranym prezydentem Mandelą, podnosi się spod brzemienia Apertheidu.

Podzielone społeczeństwo, bieda, brak zaufania do klasy rządzącej. To wszystko jest tłem do zbliżającego się Pucharu Świata w rugby. Mandela (Morgan Freeman) dostrzega nadzieję w sporcie. Przywódca RPA to doskonały strateg i wie, że nic tak jak wspólny tryumf nie brata zwaśnionej wspólnoty. Zapomina się o troskach, człowiek napawa się optymizmem i zdecydowanie lepiej zaczyna się kolejny dzień. To jest podstawą całego filmu. Przez triumf na boisku do zacieśnienia więzów wewnątrz nacji? Być może. Przynajmniej na krótką metę. W tym konkretnym przypadku przyda się każdy świeży powiew powietrza. Jednak nie o sam mecz tu chodzi. Reżyser, oprócz zbliżających się rozgrywek, postanowił przez osobę kapitana drużyny RPA – Francoisa Pienaara (Matt Damon) pokazać rodzący się szacunek do nowo wybranego prezydenta. Nie można było odmówić Piennarowi od początku serca do walki. Z biegiem wydarzeń, gdy zagłębił historię Nelsona Mandeli, poczuł jak ważne jest zwycięstwo dla kraju i jego przywódcy. W relacjach pomiędzy rugbystą, a mężem stanu tkwił olbrzymi potencjał na obraz mocnej zażyłości zbudowanej na podziwie z jednej strony dla przejmującej historii człowieka, z drugiej strony dla zapału i zacięcia sportowego.

Invictus - 2009
Eastwood, chociaż jest człowiekiem oddanym kinematografii całym sercem, udowadnia, że nie jest rzemieślnikiem, który z każdego tematu potrafi nakręcić porządny film. Uważam, że  to źle dla filmu, jednak dobrze dla twórcy jako takiego. Patrząc wstecz na cały reżyserski dorobek twórcy, można o nim mówić tylko w superlatywach, pomijając filmy takie jak Invictus czy Firefox. Traktuję je jako… chęć wykazania się, sprawdzenia. A niech ma, niech sobie wyreżyseruje ten film o rugbystach z Mandelą na czelę. Eastwood z pewnością wierzył w film, jednak przeliczył się. On niestety nie potrafi opowiadać o sportowych spektaklach. Morgan Freeman, to doskonały wybór na odtwórcę roli Mandeli. Akcent, ruch, wszystkie gesty, takie jak widziałem w CNN. Gorzej z Damonem. Szacunek do przywódcy narodu owszem było czuć w postawie postaci, ale zachowanie na boisku… Zero wściekłości. Powinien gryźć murawę, szarpać przeciwnika. Nie było nic…

Invictus - 2009
Dla mnie mecz ostatniej szansy, który przecież widzieliśmy już nie raz w kinie, powinien być przepełniony patosem. Przecież patos może być elegancki w swojej wymowie. Można napisać, że Clint chciał to zrobić inaczej. Postawić na realizm, zminimalizować aspekty, które mogłyby odwrócić uwagę widza od meritum sprawy. Ja napiszę… bez przesady, to XXI wiek, każdy posiada w jakimś stopniu podzielną uwagę, a Clint zrealizował agresywne skądinąd rugby w tempie godnym swojego wieku, a nie stanu ducha.

Nie podobało mi się. W zasadzie nie wiem co jest gorsze:  kiepski film, jakim był Firefox (w którym można było jednak odnaleźć zabawne, czytaj śmieszne momenty), czy tak do bólu mdły Invictus… Dla mnie czwóreczka.
4/10 - ujdzie

Czas trwania: 134 min
Gatunek: Dramat
Reżyseria: Clint Eastwood
Scenariusz: Anthony Peckham, John Carlin (powieść)
Obsada: Morgan Freeman, Matt Damon
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: Kyle Eastwood, Michael Stevens

  • Był niedawno w TV, więc też skorzystałem z okazji. I moja ocena byłaby podobna, także w kwestii aktorstwa. Plusem jest to, że udało mi się wytrwać do końca, bo był w tej historii potencjał, powstał jednak zwykły, niczym nie wyróżniający się film.

  • Jak tak się zastanawiam to znajduję coraz więcej minusów. Wątek tych ochroniarzy, też z potencjałem. Chociaż motyw działających ramię w ramię białych i czarnych bodyguardów był fajny to już ich postawa niejasna. Nie wiedziałem w końcu czy oni traktują tę pracę poważnie, czy sobie jaja robią. Szczególnie szef białasów.

    Scena z samolotem była tak głupia że nawet nie chciało mi się sprawdzać czy to miało miejsce naprawdę. Nie wiem czy widz miał poczuć jakieś zagrożenie? Żaden pilot na świecie by się nie zdecydował na taki debilny krok ku uciesze tłumów.

  • Ta scena z samolotem mnie rozbawiła, nie wiem czy taki był zamiar reżysera.

  • Jeżeli Mandela był choć w części tak wspaniałym człowiekiem, jak pokazał go w tym filmie Clint Eastwood, to pozostaje na tylko życzyć by takich jak on było więcej

  • Zapewne jak w każdym medalu, także i w tym są dwie strony… Ta przedstawiona tutaj rzeczywiście opowiada o Mandeli, jako o wspaniałym człowieku.

  • Pingback: Clint Eastwood - Po napisach | z pasją o filmach()