„To, że kobieta potrafi kochać, nie znaczy, że potrafi czekać”. To tylko jedna z wielu złotych myśli człowieka, który poświęcił swoje życie morzu. Potrafię odnaleźć w tym coś romantycznego: w tej pasji, w pływaniu na okrętach, w pracy marynarza, który wypływa, zawija do różnych portów i oddycha morzem. Ale za tym wszystkim, jak pokazuje Zbigniew Kuźmiński, reżyser i autor scenariusza, kryje się również wiele wyrzeczeń oraz niepowetowanych strat.
O kapitanie Romanie Markowskim (Roman Wilhelmi) można napisać, że jest prawdziwym morskim wilkiem. Wypływa na pół roku, dogląda załogi, cieszy się szacunkiem i ma pewną rękę. Jednak tym, co najważniejsze w tej postaci, jest jego świadomość. Kocha morze, ale jednocześnie wie, co przez nie utracił. Sam o tym mówi. Jeśli chodzi o karierę, wszystko jest w należytym porządku, a przed nim otwierają się coraz większe perspektywy. Cóż z tego, skoro domowe ognisko przypomina jedynie wypalone palenisko? Próżno szukać tam żaru. Jest jakaś kochanka, jest była żona, a z synem utrzymuje kontakt, o którym najlepiej byłoby nie wspominać. Pozostają tylko plany, z których nigdy nic nie wynika.
O człowieku, który na morzu odnajduje spokój, a na lądzie nie potrafi odnaleźć samego siebie.
To film specyficzny, bo oczywiście pokazuje cały szereg konsekwencji życia człowieka, który na długie miesiące wychodzi w morze: rozłąkę, brak stabilizacji i rozbite rodzinne więzi. Jednocześnie potrafi przedstawić niezwykle dojmującą stronę tego zawodu. Dobitnie pokazuje to wątek przyjaciela kapitana, drugiego oficera, który tylko na morzu może być sobą. Na lądzie czeka go terapia w zakładzie psychiatrycznym. Apatyczny, zagubiony, znajdujący się pod nieustanną obserwacją lekarzy.
To niezły film, ze świetnym jak zawsze występem Romana Wilhelmiego. Jego bohater jest kapitanem, zmaga się z problemami w domu, ale jednocześnie doskonale zna samego siebie. Wie, że ostatecznie przyjmie nową posadę i ponownie skończy na morzu, a dokładniej na wodach spokojnego morza. Tam nie istnieją wszystkie te mętne sprawy lądowe. Nie ma syna uciekającego z domu, byłej żony ani wielu innych problemów.
W tym kameralnym dramacie morze staje się symbolem wolności,
Czy to tylko dramat obyczajowy o mężczyźnie, który nieustannie ucieka od odpowiedzialności? Nie. Za tym wszystkim kryje się dość subtelna, ale wyraźnie odczuwalna krytyka zarówno czasów, jak i sytuacji politycznej w kraju. Gdy kapitan mówi, że według niego najlepiej byłoby, „gdyby każdy wybrał miejsce, w którym chce żyć i mieszkać”, odnosi się to również do ówczesnej rzeczywistości.
Geneza jest prosta: marynistyczna codzienność, polska flota handlowa, porty Szczecina i Świnoujścia. Reżyser wybiera perspektywę człowieka rozdartego między morzem a lądem. Okolice spokojnego morza to również studium zawodowej i emocjonalnej samotności. To w końcu dramat o człowieku, który nie potrafi wrócić do samego siebie.
Dużą wartością filmu jest więc intrygujący temat, ale przede wszystkim fantastyczny w swojej roli Roman Wilhelmi. Gra człowieka, który nie potrafi wybrać między obowiązkiem a bliskością. Prezentuje pozorny chłód, pod którym pulsuje cała gama lęków.
Interpretacja jest prosta. To film o nieobecności. Kapitan Markowski nie jest bohaterem tragicznym, lecz raczej postacią, jakich wiele. Morze stanowi tu jedynie pretekst, a dramat nie wynika z wielkich wydarzeń. Rodzi się z nieobecności w domu, z nieobecności w życiu syna.
Czas trwania: 82 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Zbigniew Kuźmiński
Scenariusz: Zbigniew Kuźmiński
Obsada: Roman Wilhelmi, Małgorzata Niemirska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Ewa Szykulska, Henryk Talar
Zdjęcia: Stefan Pindelski
Muzyka: Piotr Marczewski

