Kura

W tym jednym szczególnym przypadku pierwsze było jajko. Widzimy to zresztą dokładnie, może nawet zbyt dokładnie, bo obraz przeciskającego się przez kloakę jaja otwiera Kurę, film będący koprodukcją węgiersko-grecko-niemiecką.

Żałuję, że nie jestem obyty z filmografią György’ego Pálfiego, ale może i na to przyjdzie czas. Wiem przecież, że w swoim portfolio ma eksperymentalne Panie, panowie – ostatnie cięcie z 2012 roku czy Taxidermię z 2006. Ale Kura? U Węgra jest kura, u Polaka był osioł. Mam tu na myśli bardzo dobry film IO w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Tam towarzyszyliśmy zwierzęciu z rodziny koniowatych, tutaj zaś czarnej kurze, która od początku swojego istnienia się wyróżniała. Po pierwsze dlatego, że była czarna, podczas gdy wszystkie pisklaki na taśmociągu, przerzucane, zakleszczane, segregowane i wpychane do skrzynek, były żółte. W wyniku splotu zdarzeń ta całkowicie bezwolna kura została w jakiś sposób wypatrzona i przeznaczona na rosół. Potem jednak nastąpiły kolejne przypadki: tu otwarte okno, tam dziura w ogrodzeniu, aż w końcu udało jej się wydostać na wolność.

KuraPálfi oddaje ekran kurze i przez jej perspektywę opowiada o ludzkich dramatach.

Tylko co właściwie oznacza wolność dla kury? To nieustanne krzątanie się bez planu i dziobanie podłoża w poszukiwaniu czegoś jadalnego. Tak więc dziobie i po całkowicie nieregularnej trajektorii przemierza piękną grecką prowincję. A tam rozgrywa się cały współczesny ludzki dramat, przefiltrowany przez kurzą perspektywę. Tak, zdjęcia realizowano w Grecji, a historia została zakotwiczona w krajobrazie południowej Europy, gdzie turystyczny pejzaż sąsiaduje z ekonomicznym rozpadem i cieniem kryzysu migracyjnego.

Kura to dramat bardzo surowy, z narracją opartą na konsekwentnym ograniczeniu ludzkiej perspektywy. Ludzie pojawiają się fragmentarycznie. Ich historie dochodzą z tła i obserwujemy je niejako mimochodem, mając na uwadze, że najczęściej na pierwszym planie znajduje się właśnie kura. To, co najistotniejsze, dzieje się więc na obrzeżach kadru, wyłania się z dźwięków i domysłów. Są to rzeczy, o których czasem nawet się nie mówi, bo po co zawracać komuś głowę w słonecznej Grecji, skoro sezon letni trwa w najlepsze? A jednak to wszystko istnieje. Kura to widzi.

To jeden z tych filmów, które przypominają, że każde życie zasługuje na uwagę.

W tym sensie film Pálfiego okazuje się wręcz radykalny. Reżyser niemal dotykowo rejestruje powierzchnie świata. Widz nie tyle obserwuje przestrzeń, ile przeciska się przez nią. Zarówno dosłownie, walcząc o życie, jak i w przenośni. Na poziomie tematycznym Kura działa bowiem w kilku rejestrach jednocześnie. To opowieść o macierzyństwie, przynależności, odmienności, mechanizmach wykorzystywania oraz granicach empatii.

Kura

Najważniejszym motywem jest według mnie hierarchia uwagi. Reżyser zmusza widza do poświęcenia pełnej koncentracji istocie, którą zwykle ignoruje. I to właśnie wydaje mi się w tym filmie najważniejsze. Niepokojący, często zabawny, chwilami śmieszny, innym razem straszny i przerażający. Jak życie. Każde.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 98 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: György Pálfi
Scenariusz: György Pálfi, Zsófia Ruttkay
Obsada: Yannis Kokiasmenos, Maria Diakopanayotou, Argyris Pandazaras
Zdjęcia: Giorgos Karvelas
Muzyka: Szabolcs Szoke