To jeden z ciekawszych i bardziej oryginalnych komiksów, jakie ostatnio czytałem. Świadomie lekki, stale zawieszony pomiędzy powagą a slapstickową farsą. Świetnie się tu czułem, trochę jak we francuskiej komedii sci‑fi z lat 80., której nigdy nie nakręcono, ale w której mógłby zagrać Pierre Richard.
Punktem wyjścia jest podejście do czasu jako przestrzeni użytkowej. Z tego konceptu wyszedł autor scenariusza, Giorgio Albertini. Urodzony w Mediolanie Albertini ukończył studia z zakresu historii średniowiecza, para się archeologią, a jego zawód okazał się kluczowy przy odciskaniu autorskiego piętna na opowieści. Ta przestrzeń użytkowa, o której wspomniałem, to de facto pełna komercjalizacja usług turystycznych związanych z podróżami w czasie. Czyżby było to ciche marzenie Albertiniego? Całkiem możliwe.
W świecie Chronosquad podróże do różnych momentów w czasie stają się możliwe za odpowiednią opłatą. To już norma – ta gałąź turystyki osiągnęła bardzo zaawansowany poziom. Turyści są oczywiście trzymani w ryzach, a odpowiednie instytucje dbają o to, by nie zakłócać historycznych linii. Na przykład w starożytnym Egipcie wycieczki organizowane są z dala od skupisk ludzkich albo z właściwym wyposażeniem (bez współczesnych przedmiotów, z przewodnikiem itd.).
Turystyka między epokami odsłania świat, w którym przeszłość jest bardziej żywa niż teraźniejszość.
Turystyka staje się zatem nową formą kolonizacji – miękką, komercyjną, podszytą złudzeniem niewinności. To jednak nie cyniczna dystopia, lecz świat, który już znamy: globalny, zautomatyzowany, zredukowany do usług. Albertini jedynie przesuwa granicę – zamiast lotów międzykontynentalnych mamy wycieczki do plejstocenu, i tak dalej. Zamiast biur podróży – Chronoporty. Zamiast przewodników – agentów pilnujących, by turyści nie popsuli historii bardziej, niż robią to na co dzień.
Grégory Panaccione dopowiada tę wizję obrazem, który nie udaje realizmu. Jego kreska jest szybka, lekko szorstka, świadomie „niedokończona”. Kolorystyka – ciepła, pastelowa, lekko przykurzona – nadaje antykowi miękkość kontrastującą z technologiczną sterylnością współczesnych sekwencji. W efekcie powstaje wizualny dysonans: przeszłość wydaje się bardziej żywa niż teraźniejszość.
Kreska Panaccione’a nadaje tej historii lekkość, której nie sposób podrobić.
Na styku tych dwóch artystycznych temperamentów powstała fabuła prosta, ale jednocześnie rozbudowana – to czuć już w pierwszym albumie. Ta wielowątkowość może nieco zbić z tropu, ale wierzę, że wszystko świetnie się domknie. Miesiąc miodowy w epoce brązu to zaginiona para nastolatków, misja ratunkowa, nowy agent wrzucony na głęboką wodę. Bloch Telonius – nieco niezdarny mediewista – staje się przewodnikiem po świecie, który nieustannie wymyka się logice. Jego naiwność jest kluczem: pozwala czytelnikowi wejść w historię bez cynizmu, ale też bez złudzeń.
Jest zabawnie i lekko, choć przy ciągłej zmianie tonu. Narracja płynie, atmosfera się przeobraża, skręca w humor, potem w przygodę, by miejscami wejść nawet w sensacje.
Dla mnie to komiks o pragnieniu ucieczki. Nie tylko w czasie, ale od siebie. Od własnych ograniczeń, od własnej epoki, od własnych błędów. To opowieść o tym, że każda podróż – nawet ta między epokami – jest w gruncie rzeczy wyprawą w głąb siebie. Podoba mi się też pomysł na głównego bohatera – ze swoją nieporadnością i zachwytem jest idealnym przewodnikiem po tym świecie. Mógłby stanąć obok czytelnika, który z takim samym przejęciem zaczyna rozumieć tę rzeczywistość, a jednocześnie z niekłamanym entuzjazmem chłonie ją całą.
Rysunki: Grégory Panaccione
Scenariusz: Giorgio Albertini
Tłumaczenie: Jakub Syty
Korekta: Izabela Sieranc, Hanna Antos
Łamanie: Jarosław Jabłoński
Ilość stron: 240
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Format: 194 × 255 mm

