Dzień objawienia

Przed pójściem do kina nie wiedziałem nic o nowym filmie Spielberga. Znałem gatunek, ale nic o fabule, nie oglądałem zapowiedzi, nie wiedziałem kto w nim gra. Nieźle, co? Ale to Spielberg – pewne standardy muszą być zachowane, prawda?

Cokolwiek by bowiem nie napisać o Spielbergu, był jednym z tych, którzy położyli fundamenty pod obraz światowego kina. Nigdy nie stwierdzę, że jest tym „najlepszym” od „najlepszych” filmów. Jako przedstawiciel kina głównego nurtu, takie też dzieła tworzy. To zawsze koronkowa robota, ale co ciekawe, okazuje się, że każdy (dosłownie każdy) może znaleźć w jego filmografii ten tytuł, który mu się spodobał.

Na przykład fani kina gatunkowego, ci z tym wysublimowanym gustem, którzy mogą pokpiwać z E.T. (bo ckliwe sci‑fi dla dzieciarni), mają przecież swoje Szczęki, The Sugarland Express czy Pojedynek. Entuzjaści kina wojennego mają Szeregowca Ryana. Jest cała rzesza widzów, którzy raz w roku (albo nawet kilka razy!) wracają do Indiany Jonesa.

Dzień objawieniaSci‑fi jako rachunek sumieniaDzień objawienia rozlicza epokę.

Nie zapominajmy o odbiorcach, dla których religią jest Park Jurajski. A obok stoją ci wszyscy od „Monachium, to jest ten prawdziwie niedoceniony Spielberg, ten jedyny dobry film”. A i tak nie wymieniłem wszystkich Spielbergowskich fanowskich subkultur, bo są przecież ci, którzy po dziś dzień wklejają na swoje konta social media ten jeden kadr z dziewczynką w czerwonym płaszczyku z Listy Schindlera. Nie zapominajmy o nich.

Zatem Spielberg to kino, ale gdzieś tam, u jego podstaw, zawsze leżało sci‑fi – to chyba jego największa miłość. I dzisiaj wracamy do jego kosmicznych obsesji z seansem Dnia objawienia.

Spielberg jest tutaj znowu tym chłopakiem, który patrzy w gwiazdy. Jak mało który twórca pragnie realnego kontaktu z pozaziemską inteligencją – to zawsze się czuło w jego filmach sci‑fi. I nigdy nie uciekał od tego spotkania, przyzwalał na nie. Jeżeli ktoś stał w opozycji do tych światłych, otwartych ludzi, którzy rzeczywiście się nie boją, potrafią wyciągnąć rękę na powitanie – był to rząd, instytucje, tajni agenci i cała rzesza organizacji państwowych. Tak, to również tutaj, w Dniu objawienia, się nie zmieniło.

Spielberg kontra system – w Dniu objawienia to nie kosmici są zagrożeniem.

Film bowiem zahacza o te same motywy, które leżały u podstaw marzeń Spielberga dotyczących właśnie kontaktu. Dawał temu wyraz w E.T. lub w Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia. Jedyną przeszkodą na drodze ludzi do gwiazd byli inni ludzie. Jak zawsze.
Dzień objawienia

Ale motywów przewodnich jest tu kilka innych. Wydaje się bowiem, że film powstał głównie z potrzeby rozliczenia się z epoką, w której informacja stała się walutą, a prawda – narzędziem nacisku.

I jak zawsze Spielberg jest tu naiwny w ten swój uroczy sposób, który jednak bierze się do serca ze wszystkimi wariacjami kina nowej przygody. Znowu jest garstka rebeliantów, rewolucjonistów, empatycznych i po prostu dobrych, i jest ta druga strona – nie do końca źli, raczej za murem swojej ignorancji. Spielberg mówi, że do każdego można dotrzeć, trzeba znaleźć tylko klucz.

Nie będę streszczał fabuły, nie będę interpretował wydarzeń. To kino polityczne, kino sci‑fi, jest i trochę akcji, powrotów do dzieciństwa. Gdybym natomiast miał wskazać tropy – tak fabularne, jak i te, które opiszą trochę atmosferę – posłużę się trzema innymi tytułami. One powiedzą wszystko. Wątki z tych filmów są, owszem (w jakimś stopniu), u Spielberga: Inwazja porywaczy ciał, Uprowadzenie (1993, Robert Lieberman), The Vast of Night (2019, Andrew Patterson). Polecam dla otwartych.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 145 min
Gatunek: sci-fi
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: David Koepp
Obsada: Emily Blunt, Josh O’Connor, Colin Firth, Eve Hewson, Colman Domingo
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Janusz Kamiński

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema CityPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?