Cokolwiek by bowiem nie napisać o Spielbergu, był jednym z tych, którzy położyli fundamenty pod obraz światowego kina. Nigdy nie stwierdzę, że jest tym „najlepszym” od „najlepszych” filmów. Jako przedstawiciel kina głównego nurtu, takie też dzieła tworzy. To zawsze koronkowa robota, ale co ciekawe, okazuje się, że każdy (dosłownie każdy) może znaleźć w jego filmografii ten tytuł, który mu się spodobał.
Na przykład fani kina gatunkowego, ci z tym wysublimowanym gustem, którzy mogą pokpiwać z E.T. (bo ckliwe sci‑fi dla dzieciarni), mają przecież swoje Szczęki, The Sugarland Express czy Pojedynek. Entuzjaści kina wojennego mają Szeregowca Ryana. Jest cała rzesza widzów, którzy raz w roku (albo nawet kilka razy!) wracają do Indiany Jonesa.
Sci‑fi jako rachunek sumienia – Dzień objawienia rozlicza epokę.
Zatem Spielberg to kino, ale gdzieś tam, u jego podstaw, zawsze leżało sci‑fi – to chyba jego największa miłość. I dzisiaj wracamy do jego kosmicznych obsesji z seansem Dnia objawienia.
Spielberg jest tutaj znowu tym chłopakiem, który patrzy w gwiazdy. Jak mało który twórca pragnie realnego kontaktu z pozaziemską inteligencją – to zawsze się czuło w jego filmach sci‑fi. I nigdy nie uciekał od tego spotkania, przyzwalał na nie. Jeżeli ktoś stał w opozycji do tych światłych, otwartych ludzi, którzy rzeczywiście się nie boją, potrafią wyciągnąć rękę na powitanie – był to rząd, instytucje, tajni agenci i cała rzesza organizacji państwowych. Tak, to również tutaj, w Dniu objawienia, się nie zmieniło.
Spielberg kontra system – w Dniu objawienia to nie kosmici są zagrożeniem.
Ale motywów przewodnich jest tu kilka innych. Wydaje się bowiem, że film powstał głównie z potrzeby rozliczenia się z epoką, w której informacja stała się walutą, a prawda – narzędziem nacisku.
I jak zawsze Spielberg jest tu naiwny w ten swój uroczy sposób, który jednak bierze się do serca ze wszystkimi wariacjami kina nowej przygody. Znowu jest garstka rebeliantów, rewolucjonistów, empatycznych i po prostu dobrych, i jest ta druga strona – nie do końca źli, raczej za murem swojej ignorancji. Spielberg mówi, że do każdego można dotrzeć, trzeba znaleźć tylko klucz.
Nie będę streszczał fabuły, nie będę interpretował wydarzeń. To kino polityczne, kino sci‑fi, jest i trochę akcji, powrotów do dzieciństwa. Gdybym natomiast miał wskazać tropy – tak fabularne, jak i te, które opiszą trochę atmosferę – posłużę się trzema innymi tytułami. One powiedzą wszystko. Wątki z tych filmów są, owszem (w jakimś stopniu), u Spielberga: Inwazja porywaczy ciał, Uprowadzenie (1993, Robert Lieberman), The Vast of Night (2019, Andrew Patterson). Polecam dla otwartych.
Gatunek: sci-fi
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: David Koepp
Obsada: Emily Blunt, Josh O’Connor, Colin Firth, Eve Hewson, Colman Domingo
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Janusz Kamiński

