Claude Chabrol, 1973 rok, ulubione pejzaże reżysera, jego ulubiony typ bohaterów. Daleka prowincja, grzechy skrywane w czterech ścianach, fałsz, zakłamanie, romans. Na zewnątrz wszystko wygląda jak z obrazka. Czy pod tym ideałem (ideałem pod wieloma względami, zawsze teoretycznym) tkanka społeczna może pęknąć? Może, ale zanim pęknie, to miejsce pod społeczną tkaną brzydko napęcznieje: zbiorą się tam frustracje, wstyd, strach, oczywiście grzechy i grzeszki. Chabrol przetnie to miejsce w ostatnim akcie. Zrobi jedno cięcie ostrym skalpelem – to wystarczy.
Chabrol tym razem kręci melodramat prawdziwy. W sensie: ta miłość naprawdę się wydarzyła, w to uczucie można uwierzyć. Oboje są na pewnym wysokim poziomie zaufania społecznego. Powiedzmy. Ona jest żoną burmistrza, który to (mąż) co chwilę podróżuje w delegację do Paryża. To trzy godziny jazdy, mężczyzna zostaje czasem na kilka nocy w stolicy. Lucienne (Stéphane Audran) ma córkę z poprzedniego małżeństwa. Dziewczynka powoli przekracza próg dorosłości, swoje wie, dużo rozumie, jeszcze więcej widzi. Widzi na przykład romans matki z lokalnym politykiem Pierre’em Maury (Michel Piccoli).
Namiętność zawsze znajdzie drogę, nawet w najmniejszej szczelinie.
To zawsze jest pewien życiowy schemat: ukrywanie się po kątach, nocne schadzki, ukradkowe spojrzenia. Trudno uwierzyć, że romans zauważyła tylko córka. Bohaterów dramatu jest więcej – Pierre ma żonę, która toczy walkę z przewlekłą chorobą; wnoszę, że to depresja. Kobieta cały dzień potrafi przeleżeć w łóżku, mężczyźnie jest to na rękę.
Czy można ich winić za to (Lucienne i Pierre’a), że wpadli sobie w oko? Strzały Amora nie wyjmiesz ot tak, bez konsekwencji. Trafieni uczuciem do siebie, coraz bardziej ryzykują. Są jak para nastolatków, a przecież wydają się już być sporo po przekroczeniu wieku średniego. Ale to znowu tylko chemia – ta „kontrabanda” dodaje pieprzu. Mniemam, że gdyby rozstali się ze swoimi partnerami, uczucie mogłoby szybko wygasnąć. Ale tak? Kiedy jest ryzyko, coś tam nieustannie pulsuje w powietrzu, adrenalina dodaje wigoru kochankom.
Krwawe gody, czyli wystarczy jedno pęknięcie, by wszystko runęło.
To wciąż tylko wydarzenia, które rozgrywają się pod bezpieczną, twardą tkanką społeczną. Przypominam, że Chabrol w odpowiednim czasie przetnie ten bąbel. Istotne jest to, że oparł swoją fabułę o prawdziwe wydarzenia, które miały miejsce w gminie Bourganeuf w 1970 roku. Z drugiej strony, wydarzenia mogły zaistnieć wszędzie – na każdej prowincji, ale również w każdym większym mieście. Istotą jest tu bowiem to laboratorium ludzkich słabości. Chabrola interesowało to, co dzieje się pod gładką powierzchnią mieszczańskiej moralności. Ważna jest też polityczna nuta filmu: reżyser wplata w fabułę wątki korupcji lokalnych władz. Pokazuje, że moralny rozkład nie dotyczy tylko jednostek. To gnije cały system. Zbrodnia staje się tylko kolejnym elementem tej układanki. Tak, dojdzie do tej zbrodni.
Krwawe gody to precyzyjne, chłodne i bezlitosne studium namiętności, która wymyka się spod kontroli. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, obraz nie oferuje pocieszenia. Chabrol tworzy kino, które nie starzeje się ani formalnie, ani tematycznie.
Czas trwania: 95 min
Gatunek: thriller, melodramat
Reżyseria: Claude Chabrol
Scenariusz: Claude Chabrol
Obsada: Stéphane Audran, Michel Piccoli
Muzyka: Pierre Jansen
Zdjęcia: Jean Rabier

