56 stron walenia łopatą w twarz, 56 stron chodzenia bosymi stopami po szkle i rozżarzonych węglach. Wydany w 2017 roku komiks Jerzego Szyłaka (scenariusz) i Joanny Karpowicz (rysunki) to album, który w zasadzie opowiada o tym samym, co zeszłoroczny film Dom dobry Wojciecha Smarzowskiego. Czy sama terapia szokowa (przy tak wrażliwej kwestii) wystarczy, by uznać dzieło kultury za istotne i wartościowe? Oczywiście, że nie. Kwaśne jabłko jest tym przykładem komiksu, który epatuje przemocą i nic więcej za tym nie idzie.
Dostaliśmy zatem przemocowy szlagier. On jest pobożny, na zewnątrz kwiat polskiego męstwa, a w domu leje pasem, ciągnie za włosy i gwałci. Nie przeczę, Smarzowski też to pokazał, ale pokazał też inne rzeczy. Kwaśne jabłko jest tylko kwaśne. I on, mąż, pastwi się przez cały komiks, bo narracja opiera się na powtarzalnym cyklu przemocy, który w założeniu ma budować klaustrofobiczną atmosferę, lecz w praktyce prowadzi do monotonnego rytmu pozbawionego dramaturgii.
Ilustracje wyprzedzają scenariusz. Zmarnowana historia.
Ciekawa próba podjęcia ważnego tematu.
Mógłbym zaryzykować i zaryzykuję stwierdzenie, że Kwaśne jabłko to album ambitny w deklaracjach, ale deklaracji nie do końca spełniający. Zasługuje natomiast na uwagę jako jedna z bardziej konsekwentnych prób zmierzenia się z tematem przemocy domowej w polskim medium graficznym. Czytałem, że scenariusz był odrzucany przez wydawnictwa i że sama Karpowicz zrezygnowała za pierwszym podejściem.
Mnie nie zachwycił, scenariusz zbudowany na łopatologicznym schemacie. Tytuł jednak z pewnością zasługuje na miejsce w dyskusji o polskim komiksie zaangażowanym.
Scenariusz: Jerzy Szyłak
Skład i łamanie: Jarek Obważanek Dymkołamacze
Ilość stron: 56
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Timof Comics
Format: 210 x 280 mm
