Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Godziny rozpaczy (1955)

Josepha Hayesa, autora literackiego pierwowzoru, zainspirowały do napisania powieści prawdziwe wydarzenia, które rozegrały się w 1952 roku. To na nich oparł powieść, a później wystawioną na Broadwayu sztukę o przestępcach, którzy wtargnęli do domu na przedmieściach i przetrzymywali przez dwa dni tamtejszą rodzinę. W sztuce grał młody Paul Newman, ale ponieważ nie był jeszcze na tyle rozpoznawalny, by ściągnąć widzów do kin, rolę zbira powierzono w filmie doświadczonemu Humphreyowi Bogartowi. Za produkcję, scenariusz i reżyserię zabrał się William Wyler, który w 1955 roku miał już na koncie sporo sukcesów, chociażby dwa Oscary za reżyserię (Pani Miniver i Najlepsze lata naszego życia).

Czarny kryminał Godziny rozpaczy to stuprocentowy home-invasion, o trójce przestępców, którzy uciekając z więzienia postanowili przeczekać w wybranym na chybił trafił domu. Już początek powinien na Was zrobić wrażenie. Skazańcy jadą spokojnie wśród idyllicznego krajobrazu i chociaż z pewnością są nerwowi, to do sprawy podchodzą metodycznie. Otwarcie ma pokazać dobitnie, że ofiarami może być każdy, bo nie znasz dnia ani godziny, zło nie śpi, do domu może ktoś wtargnąć w trakcie śniadania. Tak właśnie stało się u państwa Hilliardów, gdy Glenn Griffin (Bogart), jego brat Hal (Dewey Martin) i brutalny Kobish (Robert Middleton) weszli bez pukania do środka. Nie czekali na zaproszenie, nie obserwowali wcześniej okolicy, nie wiedzieli nawet ile jest w środku osób. To desperaci, którzy nie mają zamiaru wrócić za kratki.

Dla Humphreya Bogarta był to jeden z ostatnich filmów. Gdy widz zda sobie sprawę, że na planie filmowym aktor zmagał się już z nowotworem powinien z jeszcze większym szacunkiem odnieść się do tej roli. A jest Bogart jako przestępca fantastyczny. Ma już swoje lata, ale nie stracił nic z błysku w oku. Rzeczywiście jest desperatem. To się czuje od początku. Ale nie tylko, bo jego Glen Griffin to postać ze wszech miar smutna. Oczywiście nie kibicujemy Griffinowi, bo to człowiek okrutny, ale przebija przez ten występ dużo rozpaczy, bo Griffin jest postacią tragiczną, a finał to tego tragizmu apogeum. Griffin prowadzi przez kryminalne życie swojego młodszego brata i wydaje mu się, że się nim opiekuje, daje potrzebne dla fachu nauki, ale przecież stale go pogrąża. „Wszystkiego cię nauczyłem”, mówi Glen, „Nie nauczyłeś mnie, jak mieszkać w takim domu”, odpowiada młodszy brat. I jest to smutne, bo pokazuje ludzi, którzy mogą tylko udawać, że bycie banitami i granie przez pewien czas na nosie wymiarowi sprawiedliwości może być klawe. Nie sam jednak Bogart niesie ten film wysoko ponad przeciętną. Griffin ciągle ściera się (na wielu polach) z mężem, ojcem i głową rodziny w jednym, czyli Danielem Hillardem (Fredric March). March współpracował wcześniej z Wylerem przy Najlepszych latach naszego życia. Hillard reprezentuje wszystko, czym Griffin gardzi. Jest dobrze sytuowany, wszystko przychodzi mu (teoretycznie) łatwo, ma rodzinę. Griffin nie zna tych rzeczy, nienawidzi tego i nienawidzi tego uczciwego życia. Hillard stara się chronić rodzinę, ale jednocześnie myśli jak wyjść z dramatycznej sytuacji.

Mógłbym się rozpisywać jeszcze o genialnych aktorskich występach, ale większe wrażenie zrobiła na mnie praca Wylera jako reżysera. W trakcie seansu odnosi się wrażenie, że całość została zainscenizowana z zabójczą wręcz precyzją. Tu wszystko jest ważne, topografia terenu wokół domu, plan mieszkania, kilka pomieszczeń które dodają klaustrofobicznego efektu. Ta mocno teatralna produkcja dzisiaj sprawia wrażenie staroświeckiej ale to wrażenie błędne, bo Wyler stworzył tu coś na kształt precyzyjnego planu, a ogląda się to jak rozgrywkę na wielkiej makiecie. Przestępcy nie robią głupich rzeczy, otwierają drzwi chowając się za skrzydłem, gaszą światła, chodzą przy ścianie, trzymają rodzinę w szachu. I nie, nie możesz dziwić się temu, że nikt z rodziny „nic nie robi”. To ten przypadek, gdy grasz tak jak ci każą, bo martwisz się o najbliższych, więc nawet gdy masz okazję coś zrobić (a okazji jest aż nadto w Godzinach rozpaczy i mają je praktycznie wszyscy sterroryzowani) nie robisz absolutnie nic. Bo Godziny rozpaczy stawiają pytania o odwagę i pokazują, że właśnie powrót w kleszcze lęku też może być uznane za bohaterstwo.

Nietuzinkowy, choć dzisiaj oglądany z mniejszym napięciem niż w latach 50. Zło na ekranie ma obecnie większy wymiar i przestępcy w filmach działają brutalniej. Wyler ze swoim filmem chciał trafić do szerokiego obiegu, nie mogło tu być mowy o twardej eksploatacji. Ale Wyler był twórcą cwanym i inteligentnym, wiedział jak w inny sposób pokazać pewien rodzaj zwyrodnienia chociażby u Kobisha, który jadąc samochodem, próbuje przejechać psa. Warto oczywiście poświęcić czas na Godziny rozpaczy. To szczegółowo zaplanowana realizacja, z dbałością o detale z poszanowaniem zasad logiki. Nie można tu dyskutować o decyzjach bohaterów, bo te łapią się w schemat, o którym pisałem. Cała reszta to pierwszorzędny thriller.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 92 min
Gatunek: kryminał, noir
Reżyseria: William Wyler
Scenariusz: Joseph Hayes (na podstawie powieści i sztuki), Jay Dratler
Obsada: Humphrey Bogart, Fredric March, Arthur Kennedy, Martha Scott, Dewey Martin, Robert Middleton
Zdjęcia: Lee Garmes
Muzyka: Gail Kubik, Daniele Amfitheatrof

PODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?