PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

George Miller

Urodzony 3 III, George Miller

Właściwie to George Miliotis, syn greckich emigrantów, który osiedlił się wraz z rodzicami w Australii. Reżyser, producent, scenarzysta, z wykształcenia lekarz. W krainie kangurów za kangurze pieniądze stworzył film, który na stałe wbił się w gatunek filmu w stylistyce post-apocalyptic. Praktycznie był wyznacznikiem jakości w tym temacie. Nikt do tej pory nie zagroził tytułowi z 1979 roku. I chociaż sam reżyser odżegnuje się jakoby inspirował się na A boy and his dog (recenzja tutaj), to ja wciąż widzę wiele zapożyczeń. Notka będzie krótka, bo i filmów Miller popełnił wyjątkowo mało, jak na swój reżyserski staż. Tak więc lista obejrzanych wraz z subiektywną oceną (oczywiście z pominięciem nieobejrzanych) poniżej:

   MIEJSCE 8   

Happy Feet - Happy Feet: Tupot malych stóp (2006)

Happy Feet – Happy Feet: Tupot malych stóp (2006). Miller na starość porzucił strój nomada, dał się namówić wnukom i nakręcił film animowany. I tak, jak całego Mad Maxa przepełnia kolorystyka żółto-beżowa, tak w Happy Feet mamy kolor biały. No właśnie. Zarówno mi, jak i moim dzieciom, film nie przypadł do gustu. No, bo bez przesady… Film o białych pingwinach na białym śniegu. Gdzie tu miejsce na kolorowy, pełen przygód świat dziecka. Jak dla mnie klapa. 3/10

   MIEJSCE 7  

Babe: Pig in the City - Babe: świnka w mieście (1998)

Babe: Pig in the City – Babe: świnka w mieście (1998). Wcześniejsze podejście reżysera do kategorii bez ograniczeń wiekowych. Kontynuacja uroczej historii o małe śwince. Tym razem w środowisku miejskim. Farma podupada, więc świnka bierze sprawy w swoje racice i jedzie zdobyć główną nagrodę w wielkim konkursie dla zwierząt. Trochę za dużo lukru, ale można obejrzeć, choćby ze względu na popis aktorski tytułowej świnki. 4/10

   MIEJSCE 6    

Lorenzo's Oil - Olej Lorenza (1992)

Lorenzo’s Oil – Olej Lorenza (1992). Nick Nolte, Susan Sarandon i ich wspólny aktorski popis. Nic nie poradzę na to, że takie historie chwytają mnie za gardło. Najprawdopodobniej wynika to z bycia ojcem. Tytułowy olej Lorenza miał być cudownym lekiem na tajemniczą chorobę, która zaatakowała dziecko głównych bohaterów. Dwie nominacje do Oscara – dla Sarandon, jako aktorki pierwszoplanowej, i dla duetu George Miller/Nick Enright za scenariusz oryginalny. Osobne wielkie brawa dla młodego aktora, który grał nieuleczalnie chorego. 6/10

   MIEJSCE 5    

Mad Max 2 - Mad Max 2: Wojownik Szos (1981)

Mad Max 2  – Mad Max 2: Wojownik Szos (1981). Druga część wędrówki Max’a. Tylko dwa miliony dolarów wystarczyły, by pokazać głównego bohatera broniącego mieszkańców osady przed najeźdźcami. Walka w filmie rozgrywa się o jedyną słuszną uznawaną w post-nuklearnym świecie walutę, benzynę. To właśnie ów przedmiot pożądania pochłania w filmie tak wiele ofiar. Wszystko w doskonałej stylistyce, którą uwielbiam. Max w skórze, z obrzynem w ręku, z jednym odsłoniętym ramieniem, to ikona post-apo. Finałowy pościg na pustyni w zdezelowanych, powyginanych samochodach bez karoserii, majstersztyk. To zawsze ciężka sprawa podołać legendzie i stworzyć dobry sequel. Millerowi udało się to doskonale. 8/10

   MIEJSCE 4   

The Witches of Eastwick - Czarownice z Eastwick (1987)

The Witches of Eastwick – Czarownice z Eastwick (1987). Zupełnie inny Miller. Trzy przyjaciółki zagrane koncertowo przez Cher, Susan Sarandon i Michelle Pfeiffer, samotne, porzucone przez mężów. Prywatnie czarownice. Mieszkają w małym miasteczku, w którym życie toczy się z prędkością wtaczanego pod górę głazu. Wszyscy są uprzejmi, wszyscy się znają. One, świadome swojej mocy, spokojnie egzystują w tym środowisku. No, i wpada z mocą wodospadu Darryl Van Horne, czyli Jack Nicholson. Ah, jakie spustoszenie czyni swoją osobą. Budzi uśpione libido przyjaciółek, niczym Miś Puchatek pszczoły, gdy wyciąga miód z ula. Świetny film. Nicholson czego się nie tknie, zamienia w złoto. Tutaj jest podobnie :). Gdybym miał więcej czasu, chętnie bym go sobie odświeżył. 8/10

   MIEJSCE 3   

Mad Max Beyond Thunderdome - Mad Max pod kopułą Gromu (1985)

Mad Max Beyond Thunderdome – Mad Max pod kopułą Gromu (1985). Budżet 13 milionów dolarów wydaje się być śmieszny, jak na to co udało się zaprezentować w trzeciej części. Świetne zakończenie trylogii, plus otwarta furtka do kolejnych przygód nomada w skórze. Mad Max z roku 1985 to przede wszystkim genialny, jak zwykle Mel Gibson, i wielka niespodzianka w postaci Tiny Turner. Tytułowa kopuła Gromu to rodzaj areny, w której przyjdzie walczyć naszemu bohaterowi. Pomimo fali krytyki wytoczonej głównie przez fanów serii, mi się podobało :). No, i wciąż puszczane w stacjach radiowych „We don’t need another hero”, które było motywem przewodnim filmu. Trzecia część to według mnie pozycja obowiązkowa. 8/10

 MIEJSCE 2   

Mad Max: Fury Road – Mad Max: Na drodze gniewu (2015). Wszystko w tym filmie się zgadza. Od świetnej muzyki z gitarowymi riffami i podniosłym rytmem bębnów, aż po użytą kolorystykę na kliszach (na którą ostatecznie zgodził się Miller. Plan miał inny. Chciał, by Fury Road był widowiskiem czarno-białym. Ostatecznie marzeniom stało się zadość, a co kryje wersja BLACK&CHROME przeczytacie tutaj). A gdy pojawiły się napisy końcowe i siedziałem jeszcze z przyspieszonym oddechem, wiedziałem, że wszystkie nadchodzące premiery wydają się takie… niepoważne. To właśnie Fury Road jest esencją kina. Z bohaterem gotowym rzucić się w ogień, z ludźmi, którzy są gotowi poświęcić swoje życie. Z obrazem wykuwającym wspomnienia w umyśle widza, który przecież widział już wszystko. RECENZJA TUTAJ9/10

   MIEJSCE 1   

Mad Max (1979)

Mad Max (1979). Film, który wyznaczył kierunek dla większości, żeby nie napisać wszystkich filmów w stylistyce post-apokaliptycznej. Mad Max, samotnik, wojownik szos, policjant. Kiedyś mąż i ojciec. Z nogą przylepioną do gazu, z naładowaną bronią, z zemstą na twarzy, ze spojrzeniem, którym jest w stanie przybić obraz do ściany. Mad Max, który przetrwał i wciąż egzekwuje prawo, chociaż nie ma już zwierzchników. Jego odznaka już nic nie znaczy w tym świecie. A świat? Patologia napędzana zwyrodnieniem. Mordercy na grzebiecie gwałcicieli cwałują radośnie szukając kolejnych ofiar. Maska przerażenia nie znika z ostatnich niewinnych na tej planecie. Liczy się tylko siła, szybszy spust, mocniejszy samochód. 9/10

Nie widziałem w zasadzie jednego filmu. Najprawdopodobniej nigdy go nie obejrzę. Nie mam absolutnie żadnej ochoty siadać do Happy Feet Two – Happy Feet: Tupot malych stóp 2 (2011). Pozostanie on więc wciąż tym nieobejrzanym.
  • Chyba najbardziej lubię "Mad Max 3", wszyscy się upierają, że poprzednie części były lepsze, ale ja trwam przy swoim – "trójka" wymiata po całości 😀

  • Road Warrior poza podium?! BLASPHEMER!!!

    A tak poza tym, trzecie zdjęcie po lewej z nowego Mad Maxa to tak naprawdę kadr z Resident Evil: Extinction – nie najgorszy film i też wyreżyserowany przez australijczyka, ale to nie Mad Max.

  • OMG co za brak profesjonalizmu 🙂 Dzięki za wprawne oko i szybką reakcję. (a znalazłem gdzieś na niemieckim stronce z innymi dotyczącymi nowego MM'a. Swoją drogą kurewsko niepodobna do Jovovich 🙂 Road Warrior poza podium jednak wciąż z mocnym 8/10 !! Dzięki Danielu za szybkie wychwycenie błędu.

  • "Swoją drogą kurewsko niepodobna do Jovovich :)"

    Nie no wiesz, to jest po prostu dobre aktorstwo. Milla przechodzi metamorfozę przygotowując się do każdej roli – method acting jak Daniel Day Lewis albo Christian Bale 😛

  • Kpijcie z Milli jeżeli chcecie, ale jak na modelkę z której na siłę zrobiono aktorkę sprawdza się idealnie w porównaniu do innych tego typu drewnianych panienek. Zresztą kto nie wzdychał do Lilu z 5 elementu… a jak wielu krytyków w swoim czasie zachwycało się Joanną D'Arc Mili…(No ale dodać można jeszcze troszkę Daze and Confused, He got Game czy kompletnie niedoceniany Stone) Zarzucić jej można chyba tylko wybory matrymonialne, które przekładają się na wybory ról… może gdyby wybrała innego Andersona…

    Zastanawiałem się nad kolejnością Mad Maxów w swojej kolekcji – i chyba jednak odwrócił bym tą którą tu zaobserwowałem. Oczywiście 1 pozostaje na swoim miejscu bezapelacyjnie. Na drugim miejscu wstawił bym chyba jednak Road Worriora, nie ze względu na szczególna wartość, raczej prosty fakt – mniej dzieci. Nie przepadam za umieszczaniem dzieci w fabułach filmu, a szczególnie jeżeli ma to miejsce dla pozyskania dziecięcej widowni. (vide – Phantom Manace)
    Wydaje mi się, że to była główna bolączka Maxa – pierwsza część nikogo nie oszczędzała – mocna przemoc, gwałt, każda scena miała swoje konsekwencje. Druga część miała też sporo przemocy jednak ta nie rzucała się w oczy i była bardziej hollywoodzka, trójka jest już po prostu śmieszna jeżeli o przemoc i jej realizm chodzi. Postać karzełka z teatru kabuki jest żywcem wyciągnięta z dziecięcej kreskówki – taki kojot Wiluś.

    Ten sam problem dotyczy innych wyborów reżysera jeżeli chodzi o produkcje – może przyjdzie taki czas w moim życiu, że bardziej przychylnie spojrzę na dziecięce produkcje, ale jak na razie nie jestem w stanie zrozumieć jak człowiek odpowiedzialny za stworzenie jednego z najwyraźniejszych bohaterów post-apokaliptycznych pustkowi… zrobił film o śwince z klasą….

    Oczywiście Mad Max w swoich założeniach też jest raczej dziecinną postacią i w latach 80 apelował przede wszystkim do małych chłopców i nastolatków… jednak dzieciństwo lat 80/90 było całkiem inne niż to dzisiejsze, przynajmniej pod względem kulturowym. Wtedy z ekranów spoglądał na nas Predator, Arnold… (w różnych postaciach), Rocky, Riggs, Robo-Cop, nawet kreskówki były bardziej "dorosłe" Władca Pierścieni, czy Hevy Metal dobrze o tym świadczą…
    A teraz? Zabawnie rasistowskie transformersy? nowy Robo-cop który teraz bardziej przypomina iPoda? Nawet Indiana Jones zamiast strzelać do tubylców i mordować nazistów… ma animowane susły, atomową lodówkę… i problemy podeszłego wieku.

    Dzięki bogu jest jeszcze Q. Tarantino i M. Scorsese.

    A ten "odcinek" Residenta był akurat bardzo stylistycznie zbliżony do Mad Maxa przez co łatwo można było się pomylić.

  • Śmiać się z Milli? Gdzież bym śmiał! Przecież to nowa Julie Strain – Królowa B movies (minus soft porno) – znaczy się moja zawodniczka jak najbardziej.

    A ty nie karć jej za to, że jest muzą dla auteurów współczesnego kina. Przecież The Fifth Element i jej filmy z Andersonem to współczesne klasyki… no i w Zoolanderze była zajebista.

  • Dokładnie. Nikt tu u mnie na blogu śmiać się z Milli nie ma prawa. Przed piątym elementem ja już wzdychałem do niej w "Kuffs".

  • @Radosław
    "Druga część miała też sporo przemocy jednak ta nie rzucała się w oczy i była bardziej hollywoodzka"

    Hollywoodzka przemoc w Road Warriorze? No co ty? Gang motocyklowy z dwójki był dużo bardziej zwyrodniały niż ten z jedynki. Film był też bardziej jednoznaczny w pokazywaniu, że będą gwałcić, grabić i zabijać (niekoniecznie w takiej kolejności), i wiek czy płeć ofiar ich za bardzo nie interesuje.

  • Chyba wiem o co Radkowi chodzi. Przemoc z jedynki była taka "tępa". Jak uderzenie gałęzią wyrwaną z drzewa, jak pchnięcie brudnym nożem. W części drugiej przemoc była, owszem okrutna, zwyrodnienie jak najbardziej. Jednak nóż miał już ładną rękojeść, a gałąź zastąpiono gładkim kijem. Oczywiście wszytko w " " 🙂

  • Tak na dobrą sprawę w II widzimy jedną poważną scenę przemocy "przez lupę" a raczej przez lunetę, której to ostrość i zasięg sprytnie ocenzurował to co mogliśmy zobaczyć. Poza tym wypadkiem widzimy wiele – "sugestii" przemocy i wiele "gróźb" jej użycia.
    Potem już tylko demolition derby na trasie szybkiego ruchu gdzie nic się nie dzieje.

    Oczywiście nie mówię tutaj o gore, nie żądam większej ilości flaków czy latających dookoła mózgów. Chodzi o poczucie jakie przemoc wzbudza w odbiorcy. Wybuchy, eksplozje, zderzenia… wszystko to jest bardzo wizualne, hollywoodzkie, jednak nie oddaje grozy budzi raczej fascynację.
    W I części efekty nie były tak wizualne co raczej emocjonalne. Nawet pierwsza akcja ze skradzionym samochodem "stróżów prawa" – oczywiście jest wybuch, jest element spektakularny – jednak nie jest on poprzedzony głupkowatymi gagami, a dzieckiem na szosie, płaczem porywacza i pomimo iż Max nie pociąga za spust to nikt nie ma wątpliwości kto doprowadził do śmierci ludzi w rozbitym wozie.

    Drugi element to konsekwencje. W I nikt nie bawi się z postaciami w sposób komiksowy czy komediowy – jeżeli ktoś dostaje solidną dawkę obrażeń umiera, a jeżeli "umiera" to nie widzimy go później. Dwójka i Trójka nie mają już tej krawędzi tam co chwila czy to w scenach akcji czy w fabule pojawiają się postacie które już żegnaliśmy, bo tego akurat wymaga element komiczny czy jakaś bliżej niezrozumiała dla mnie groteska.

    Być może coś źle pamiętam, albo z perspektywy czasu wyolbrzymiam. Jednak pierwsza część obok świetnej akcji miała w sobie nieprzyjemny element niepokoju, coś co zostawiało na świadomości oglądającego śliski, paskudny ślad.
    Kolejne części były już raczej zabawą, którą z tym nieprzyjemnym uczuciem nie miała nic wspólnego.
    Nie jestem w stanie dobrze oddać tego uczucia – podobny wydźwięk miał dla mnie "Straw Dogs"… albo "Repulsion" choć odbiegające tematami i wizją, była w nich jakaś ohyda, której teraz brakuje kinu w ogólności.

  • Chyba za bardzo się z wami nie zgadzam. Pierwsza część to jest, jak najbardziej, świetny film, ale przemoc i akcja (poza końcówką) są w niej raczej umowne – bardzo dużo jest sugerowane (i jest to rzeczywiście robione bardzo dobrze), ale za dużo nie pokazują. Druga część rzeczywiście jest bardziej komiksowa – mi się wydaje że pierwsza jest mniej z powodu ograniczeń budżetowych, a nie zmysły artystycznego – ale jet to komiks pokazujący bardzo dosadnie przemoc, na którą może sobie pozwolić i sugerujący (IMO lepiej niż jedynka) przemoc, na którą cenzura by nie pozwoliła. A konsekwencje tej przemocy i surowość świata wydają mi się jeszcze bardziej nihilistyczne, niż w jedynce. To, że w dwójce postacie wychodzą cało z niektórych sytuacji jest bardzo ponurym żartem, bo ludzie giną tam tak łatwo.

  • Wczoraj nie miałem bardzo czasu, żeby się kłócić o MadMaxy na internecie 🙂 A chciałem trochę bardziej szczegółowo napisać o wyższości dwójki nad jedynką, więc może doprecyzuje co miałem na myśli w powyższym komentarzu.

    Co do tych sugestii i konsekwencji przemocy. Wg mnie sugestii było znacznie więcej w jedynce, a konsekwencje są tak naprawdę znacznie bardziej dotkliwe w dwójce. Właściwe cały Road Warrior opiera się na konsekwencjach przemocy, która panuje w świecie Maxa. Tak jak wcześniej napisałem, złoczyńcy w dwójce są tak naprawdę bardziej zwyrodniali niż ci z jedynki, to tacy gwałciciele kanibale i do tego kurewsko dziwnie wyglądają. Ale to samo w sobie nie robi wrażenie na Maksie i ludziach, którym pomaga, bo świat, w którym żyją jest tak surowy, a ich potrzeby tak podstawowe, że spotkanie na swoje drodze kanibala gwałciciele, który chce cię zabić i zabrać twoją benzynę jest niemalże codziennością. W jedynce pojawienie się złoczyńców wzbudza strach w cywilach i scenariusz ucieka się do bezkompromisowej przemocy wobec niewinnych czy sympatycznych postaci, aby – jak mówi Radek – osiągnąć odpowiednio ostrą krawędź. W dwójce, już na samym starcie, ta krawędź jest tak ostra, że trzeba ją stępić humorem, komiksowością, czy bardziej wyrazistą gatunkowością, aby taki film mógł być oglądany przez masową publiczność.

    Na a tak poza tym, to jest po prostu lepiej zrobiony film, sprawniej nakręcony, bardziej przemyślany i spójny (w jedynce trochę trąci myszką to jak Max odpoczywa z rodziną na farmie, a potem ściga gang motocyklowy po pustkowiach).

  • Podoba mi się kierunek w którym poszła dyskusja o Mad Max'ach 🙂 Każdy ma po trosze racji. Ja oceniłem MM1 jako rewelacyjny, MM2 jako bardzo dobry. Tu naprawdę chodzi już o detale. Bo obie części TRZEBA po prostu obejrzeć żeby później móc powiedzieć "Tak, widziałem film o tematyce post-apokaliptycznej" 🙂 i już 🙂

  • Radosław Ostrowski