PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Guns N’ Roses – Not in this Lifetime

Guns N’ Roses – Not in this Lifetime – GDAŃSK 20.06.2017 – RELACJA

Swego czasu padło pytanie: „Kiedy Guns N’ Roses zagra znowu ze Slashem?”. Odpowiedź nie nastrajała optymistycznie: „Not in this Lifetime„. Na szczęście udało się doczekać tego pozornie nierealnego czasu.

Koncert zaczęła Doda z zespołem – bohaterka większości uszczypliwych żartów poprzedzających to wydarzenie. Zaśpiewała kilka swoich utworów, w tym jeden, który ponoć ma już 18 lat. Żadnego z nich nigdy w życiu nie słyszałem i prawdopodobnie jeżeli usłyszę kiedyś ponownie, to odniosę podobne wrażenie. Był też cover Van Halen Ain’t Talkin’ Bout Love. Wtedy nieco się wystraszyłem, że to już jest ten Killing Joke (support po Dodzie). Być może Doda ma aspiracje, albo nawet i predyspozycje, by zostać polską wariacją Doro Pesh i Lity Ford, aczkolwiek obecnie w moich oczach brakuje jej wiarygodności.

Krótko po Dodzie na scenie jednak pojawił się Killing Joke, więc sporo osób siedzących na ziemi podniosło w końcu tyłki. Reakcje większości zgromadzonej publiki nie należały do najżywszych, chociaż dało się gdzieniegdzie dostrzec prawdziwych fanów, którzy bawili się świetnie, pomimo miernego nagłośnienia na poziomie tego jakie miała Doda. Również w trakcie tego koncertu potencjał telebimów pozostał niewykorzystany. Przyznam, że choć nigdy nie byłem fanem Killing Joke, to zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie i chyba spędzę jakąś dłuższą chwilę z ich twórczością. Po tym przydługim i dla znakomitej większości kompletnie nieistotnym wstępie, włączono telebim na scenie i pełen obraz na bocznych. Pojawiły się miłe dla oka wizualizacje dotyczące GNR.

Nad sceną i płytą latał nietoperz, aczkolwiek Ozziego Osbourne’a nigdzie nie wypatrzyłem. Troszkę to trwało zanim zespół pojawił się na scenie. Na początek It’s so easy i Mr. Brownstone, czyli tak jak zwykli otwierać koncerty podczas trasy Use Your Illusion. Bardzo ciekawe było Chinese Democracy i Better. Myślę, że za sprawą Slasha brzmiały one inaczej niż na płycie (bardziej jak starzy Gunsi). Welcome to the Jungle chyba najbardziej poderwało ludzi (przynajmniej na stadionowej płycie). Dla mnie jeszcze w tym czasie było tylko „spoko”. Szalony wzrost mojego zadowolenia z koncertu zapoczątkowało Estranged, potem Live and Let Die, Rocket Queen z kapitalną wizualizacją, You Could Be Mine… i wtedy zacząłem martwić się o swój głos, Axl chyba też już wyraźnie zaczął odczuwać zmęczenie i mikrofon przejął Duff, który klasycznie zaśpiewał Attiude zespołu The Misfits. Później miejsce miała batalia bogatszych instrumentalnie i spokojniejszych utworów: solo Slasha, którym płynnie przeszedł w Speak Softly Love (motyw z Ojca Chrzestnego), This I Love, Civil War, Yesterdays, Sweet child O’ MineWish You Were Here (gdzieś w międzyczasie jak przypuszczam nadludzkim wysiłkiem Axl znalazł ukryty pokład energii, który pozwolił na My Michelle). Końcówka koncertu była dla mnie dość refleksyjna. Zacząłem się zastanawiać, czy Axl częściej zmienia kurtkę czy Slash gitarę. Widząc fortepian i wizualizacje deszczu na telebimie pomyślałem, że jednak mógłby spaść deszcz na potrzeby tego utworu. Nie myślałem specjalnie o braku Izziego i Matta. Prawdę mówiąc Richard Fortus dla niewprawnego oka może być podobny do Izziego (też taka trochę cygańska prezencja à la Keith Richards). Poza tym wydaje mi się, że doskonale dogadywał się ze Slashem. Natomiast przy Knockin’ on Heaven’s Door zdecydowanie brakowało mi Tracy i Roberty, dwóch pań w chórkach, które mogły trochę odciążyć Axla i dodatkowo bardziej nakręcić publikę. Skoro już wspominam o nieobecnych, z pewnością GNR oddało swego rodzaju hołd kilku tym, którzy już niestety nigdy nie wrócą. Pięknie zagrali Black Hole Sun, Duff miał symbol Prince’a na basie, Slash koszulkę Motorhead. Później Nightrain informujący, że jak ktoś wraca pociągiem to może być ciężko i Patience jako chyba logiczna kontynuacja zaistniałej sytuacji. Na sam koniec The Seeker grupy The Who i take me down to the paradise city… take me home.

Podsumowując, uważam, że koncert mógł być nagłośniony dużo lepiej, nietoperz im przecież sugerował, że coś jest nie halo 🙂 Uogólniając większość ludzi w GC była bardzo drętwa, ludzie palili papierosy, niektórzy nawet jointy. Las kołków kręcących DVD życia telefonem. Chciałbym z tym walczyć, ale nie wiem jak. Względny patent na pierwsze rzędy ma Ozzy: używa strażackiego węża z pianą na przemian z wiadrami wody.

Pomimo tych niesnasek koncert był świetny i zespołowi nie jestem w stanie nic zarzucić. Zagrali taki koncert, jaki wielu myślało, że po raz ostatni można było uświadczyć w latach 90.

No dobra… Axl nie jest w stanie już tak siłowo śpiewać jak kiedyś, ale do czasu aż wehikuły czasu nie spowszechnieją, nikt nie powinien narzekać. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłoby mnie na tym koncercie nie być.

– VIPER

  • n1olo

    Jak już mówiłem…pół życia żałowałem że nie dane było mi być na takim koncercie i pewnie nigdy nie będę. Różnie sceptycznie i z fochem na stary skald od kiedy odwołali koncert Velvet Revolver w Kato. Ale od Estranged…Kochany pamiętniczku…marzenia…jednak się spełniają 🙂