PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

THE FRIENDS OF EDDIE COYLE (1973)

"Przyjaciele Eddiego" (1973), reż. Peter Yates. Recenzja filmu.

Eddie Coyle jest zmęczony. W półświatku był od zawsze i swoje już wie. Wyrok ma zaliczony, szacunek również. Nikogo nie wsypał. Teraz próbuje po prostu przeżyć od pierwszego do pierwszego. Ponieważ zna się tylko na kryminalnej robocie, kontynuuje to, do czego przygotowało go życie. Powłóczystym krokiem przechadza się spokojnymi ulicami Bostonu, rozmawia z odpowiednimi ludźmi, załatwia broń. Zna wszystkich i wszyscy znają go.







W świecie, który wykreował reżyser filmu Peter Yates, nie ma brawury. Jest solidna fachowa robota. Poznajemy tutaj ludzi, którzy doskonale wiedzą co czeka ich po wpadce. Wiedzą, że kule częściej zabijają niż ranią, dlatego nikt tutaj nie wymachuje giwerą bez powodu. To są doświadczeni kryminaliści. Tak jak Eddie. Jednak przed Eddiem kolejna rozprawa. O głupstwo, które jednak może skończyć się kolejną odsiadką, a na to nie może sobie pozwolić. Jest recydywistą, więc po wyroku skazującym może spędzić w więzieniu resztę życia, a do najmłodszych już nie należy.

Po drugiej stronie barykady również od lat jest bez zmian. Stary znajomy gliniarz chętnie pomoże Eddiemu przy sprawie karnej. Zadzwoni, porozmawia z prokuratorem. Musi tylko coś dostać w zamian.

Przyjaciele Eddiego to opowieść z rozstaju dróg. Albo pozostajesz w porządku do końca i liczysz się z wtrąceniem do celi, albo idziesz na ugodę i liczysz się z płytkim grobem. U Petera Yatesa wszystko dzieje się tak, jakby obecny porządek rzeczy trwał od kilkudziesięciu lat. Film został nakręcony bardzo surowo, chociaż utrzymuje się w ramach kinowego obrazu. Miejscami przypomniały mi się Ulice nędzy (1973) Martina Scorsese. Nie ma tu żadnej gangsterki w stylu Bennego Blanco z Życia Carlita (1993). O nie. Taki typ przestępcy nie miałby tu racji bytu. Za bardzo wyróżniałby się na tle utrzymującej się od dekad szarzyzny.

"Przyjaciele Eddiego" (1973), reż. Peter Yates. Recenzja filmu.

Nie ma tu skoków na miliony dolarów. Pięć patoli to całkiem udany skok, a zgarnięcie kilkudziesięciu dolarów to udana transakcja. Wystarczy sprzedać kilka pistoletów i można spokojnie ułożyć się do snu. Realizacja w stylu neo-noir tylko wzbogaca całość o potrzebny dla takiej historii mroczny klimat. Przez pełne dwie godziny jest tak samo ponuro, przytłaczająco, zimno i bezwzględnie racjonalnie. Do tego ludzie żyjący obok nich, kryminalistów, zdają sobie sprawę reguł tej gry. Wchodząca do banku w trakcie napadu pracownica, spokojnie idzie na swoje miejsce. Po co zmieniać zasady? Lepiej nie zgrywać bohatera. To nie pierwszy i nie ostatni napad na tej ulicy. Tu nie chodzi o to, że Przyjaciele Eddiego przypominają świat Dzikiego Zachodu. Tu raczej panuje coś na zasadzie chłodnej nonszalancji wobec każdego nieopanowanego zrywu. 

"Przyjaciele Eddiego" (1973), reż. Peter Yates. Recenzja filmu.

Wszystko w filmie Yatesa zagrało jak należy. Robert Mitchum jest bezbłędny w swojej roli. Gra spokojnie, bez agresywnej mimiki, delikatnie. Jego Eddie jest wyraźnie przepracowany, choć rutyna bije z niego w każdym ujęciu. Jednak jak słusznie mówi powiedzenie: rutyna zabija powoli… Soundtrack autorstwa Dave’a Grusina to muzyka niespokojna, czasem pochmurna, gdzie często można usłyszeć jazzowe brzmienia. Miejscami również bliżej muzycznemu klimatowi do kina blaxploitation, soulowe kawałki wypełniają pogodniejsze momenty. Nie ma ich tu za dużo i są to przeważnie sceny, gdy chłopaki ze starej ferajny bujają się po Bostonie w swoich 10-letnich buickach. Jedno można napisać: Grusin przypomina nam przez cały seans o tym, jak bardzo te ulice zostały już doświadczone przez zbrodnie. Nie ma tu natomiast żadnych spektakularnych operatorskich wyskoków. Praca Victora J. Kempera to solidna robota. Tego oczekiwał i to właśnie dostał reżyser.

Polecam gorąco. To jedno z moich ciekawszych filmowych odkryć.

8/10 - bardzo dobry

Czas trwania: 102 min
Gatunek: Dramat, Sensacyjny
Reżyseria: Peter Yates
Scenariusz: George V. Higgins (powieść), Paul Monash
Obsada: Robert Mitchum, Peter Boyle, Richard Jordan
Zdjęcia: Victor J. Kemper
Muzyka: Dave Grusin

  • Simply

    Tu by wartało cały zespół aktorski wyróżnić , role są idealnie obsadzone przez seventisową, mocarną drugą ligę : Peter Boyle ( Taxi Driver, Crazy Joe ) , Richard Jordan ( Chato's Land, Yakuza ) , Alex Rocco ( Motorpsycho, Godfather ) czy Steven Keats ( Death Wish, Black Sunday ) – to ten ,, Seweryn Krajewski'' co poganiał M-16 z bagażnika. Każdy dorzucił swoje do całościowej puli autentyzmu tego filmu.
    Mitchum był jednym z nielicznych aktorów swojej generacji, którzy w latach 70' utrzymali względnie stabilną pozycję na rynku i nie wypadli z gry, jak np. Henry Fonda, James Stewart , czy Glenn Ford ( który skończył w ciężko pojebanym włoskim exploitation, co oczywiście bardzo mu się ceni 😀 )
    SPOILERY
    A film Yatesa ma trochę wspólnego z ,, Carlito's Way''. Tu też mamy obraz bandyckiej ,, starej szkoły'' , która respektuje lojalność i przegrywa , jak widać właśnie przez to ( Krajewski, ekipa bank robberów ). I to są ludzie czynu , ryzykujący na ulicy w przeciwieństwie do tych zamieszanych, ale pozostających na uboczu : pośredników, totumfackich, ,, dobrze poinformowanych'' , jak Mitchum czy Boyle. I tu mamy najciekawszy aspekt tego filmu ; konkurencję właśnie w tej drugiej kategorii. Jeden przyparty do muru pucuje na kumpli ( nawet dwa razy – już ma w dupie etos niezłomnego , któremu zawsze był wierny ) , a ten drugi jest z tą pucą zawsze o krok przed nim i jak trzeba , podpierdala go do syndykatu , żeby oddalić od siebie ewentualne podejrzenia , chociaż o ile pamiętam , nawet nie wie, czy główny bohater też przypucował. Cwana gnida kontra ex porządny rzezimieszek, który nie poradził sobie na drodze skurwienia, bo miał pecha , mało czasu i choć sam postanowił się zeszmacić, to nadal wierzył, że inni są OK, kiedy oni kurwili się już na potęgę , jak on uczciwie garował za nich w pierdlu lata temu. Przygnębiający film , ale szczery, jak ciul.

  • "chociaż o ile pamiętam , nawet nie wie"… Dobrze pamiętasz.

    No i rzeczywiście masz rację à propos "Carlita…". O ile wspomniałem o filmie De Palmy tylko w kontekście Bennego Blanco, a raczej tego, że takich przestępców ulica nie znała u Yates'a, to filmy mają dużo więcej wspólnego. To przede wszystkim zderzenie dwóch szkół. Starego i nowego. Ale u De Palmy młodzi są niepokorni. A w "Eddiem…" ten młody pistolet, co załatwia giwery jest skory do nauki. Kiepsko to mu w rezultacie wychodzi, ale się stara 🙂 (scena na pozór poza główną historią, czyli handel karabinami gdzieś tam w nocy na wysypisku 🙂 pokazuje jak bardzo młody zaczął być ostrożny, właśnie po rozmowie z Eddiem. Tylko, że takie doświadczenia zdobywa się latami, a nie po dwóch, trzech numerach.
    SPOILERY
    Przygnębiający film. Wkurzony byłem na finał. Ale tak po ludzku 🙂 Filmowo to było oczywiście uzasadnione dla całego klimatu historii. No i co to za stawki?! Gość odstrzelił Eddiego za parę stów :/ (Tam jest kolejny motyw "pobierania nauk" i sprytny patent na wyciąganie celu. Morderca współpracował z rzekomym siostrzeńcem (młodym z wyglądu), który musiał wracać do domu i może podwieźć Eddiego :).

  • Simply

    Właśnie młody bardzo dobrze sobie radzi , nocna scena ukazuje jego profesjonalną nieufność i zapobiegliwość – transakcja poszła idealnie po jego myśli, bo ją porządnie rozegrał. A potem wpadł tylko dla tego, że Eddie strzelił z dupy – człowiek, któremu zaufał.
    Stawki optymalne, jak na detalistów połowy lat 70'. Przecież ci wszyscy kolesie to sama drobnica była.
    Finał został dograny w szczegółach – wiadomo było, że Eddie pochleje , więc zostawi auto na parkingu i po wykonaniu wyroku pozostało tylko go tam zatargać. Kiedyś go znajdą.
    A tak po ludzku, to jedyne , co Eddie wygrał, to sposób wykonania na nim egzekucji ; tak, żeby do końca czuł się komfortowo w gronie przyjaciół , by odejść w niebyt na zerwanym filmie. To też mogła być nauka dla ,, siostrzeńca'' : niektórych ludzi załatwia się humanitarnie 😛

  • "nocna scena ukazuje jego profesjonalną nieufność". Tak napisałem, tylko inaczej 🙂 Zaczął być ostrożny. Ale miast iść dalej tą drogą, to po pierwszym takim zachowawczym numerze dał się skusić na transakcję z jakimiś hippisami na parkingu. Gdzie już ostrożny to nie był w ogóle. Dlatego napisałem, że doświadczenie zdobywa się latami. ALE pewnie wyciągnie z tego naukę. Chociaż tam było mówione, że za handel automatami dostaje się dożywocie, więc może nici z tej nauki :):)

    Ta egzekucja Eddiego to była mocna rzecz. No nie spodziewałem się, że ot tak po prostu zostanie odstrzelony w aucie. A może po prostu nie chciałem 🙂

  • Simply

    W ogóle spoko rzecz na podwójny seans z ,, Serpico'' – tak żle i tak nie dobrze 😀

  • Simply

    Eee, jakie tam dożywocie za coś takiego . Wkręcali go , żeby zaczął ,, współpracować''.
    Tacy ,, hipisi' to był w tych latach całkiem niezły kontrahent – jak się ruch kontrkulturowy w Stanach wypalił, to na placu boju zostali sami radykałowie, wywodzący się z czystego flower power – jak np. Weathermen sięgający po rozwiązania czysto terrorystyczne: bomby, porwania, czy odstrzał . Z resztą ww Włoszech, czy Niemczech było to samo.
    Egzekucja Eddiego była w zasadzie słuszną karą, tyle że nie z tych rąk, co trzeba. W dawnym kinie bohater nie raz potężnie obrywał za mniejsze przewinienia, w obecnym dużo więcej uchodzi mu na sucho.

  • próba komentarza

  • Próba