„To jeden z ciekawszych i bardziej oryginalnych komiksów, jakie ostatnio czytałem. Świadomie lekki, stale zawieszony pomiędzy powagą a slapstickową farsą. Świetnie się tu czułem, trochę jak we francuskiej komedii sci-fi z lat 80., której nigdy nie nakręcono, ale w której mógłby zagrać Pierre Richard”.
Tak pisałem o pierwszej części albumu Chronosquad. Tom drugi utrzymuje poziom i robi to ze świetną werwą. Więcej! Autorzy jeszcze odważniej montują fabułę, przeskakując pomiędzy wątkami, podkręcają tempo, intrygują i dokładają kolejne pomysły.
To komedia science fiction, która bawi, ale przy okazji zaskakująco trafnie punktuje ludzką skłonność do psucia wszystkiego, czego dotknie.
Drugi tom rozwija motyw turystyki temporalnej w sposób bardziej niepokojący niż część pierwsza. Przypominam, że początkowo świat przedstawiony przypominał satyrę na przemysł wakacyjny. Można kupić wycieczkę do starożytności równie łatwo jak współczesny urlop. Z czasem okazuje się jednak, że historia nie chce być tylko produktem. Każda próba podporządkowania przeszłości logice rynku rodzi nowe pęknięcia. Albertini pokazuje, że podróż w czasie nie jest neutralną technologią. To forma kolonizacji. Wkraczanie w dawne epoki zawsze oznacza naruszenie istniejącego porządku. Oczywiście nie jest to żadna nowość. Już dr Emmett Brown z Powrotu do przyszłości ostrzegał nas za każdym razem przed groźbą zaburzenia continuum czasoprzestrzennego.
Wszyscy wiemy, ile problemów mieli bohaterowie filmów Roberta Zemeckisa: alternatywne rzeczywistości, spotkania z samym sobą, totalny bajzel. I nie inaczej jest w Chronosquad, tylko na większą skalę. Minimum wyobraźni wystarczy, żeby zrozumieć, jaki kolosalny i negatywny wpływ na ludzkość mogą mieć pogawędki z postaciami historycznymi. A tutaj rzecz idzie jeszcze dalej, bo niektórzy w ramach tych wycieczek chcą polować na dinozaury!
Zatem serio, Chronosquad czyta się z wypiekami na twarzy, ale i z uśmiechem, nie dowierzając temu, jak człowiek potrafi być nieodpowiedzialny. Chociaż, po prawdzie, wszyscy wiemy to doskonale.
Jeśli pierwszy tom był zwariowaną wycieczką w czasie, drugi zamienia ją w prawdziwą katastrofę na skalę dziejów.
Niezmiennie podoba mi się cała konstrukcja, począwszy od bohaterów Chronosquad. Częściej przypominają urzędników próbujących opanować chaos większy od nich samych. Dzięki temu opowieść zachowuje ludzką skalę, nawet gdy stawka wydaje się naprawdę ogromna. Moi drodzy, rzecz idzie przecież o całe epoki! Albertini przy tym wszystkim nie rezygnuje z małych emocji. Postaciom towarzyszą zagubienie, lęk, fascynacja i zwykła improwizacja. Bohaterowie nie tyle rozwiązują problemy, ile próbują za nimi nadążyć.
Za tym chaosem, mimo wszystko, ale przy zadanej konwencji i pełnym moim zrozumieniu, bez problemu nadąża Grégory Panaccione. Rysunki są żywe i niezwykle ruchliwe. Widzę tu tradycję karykatury, ale nie osłabia ona dramaturgii. Wciąż jest dowcip, wciąż są przerysowane emocje, naturalne dla komedii. Ponownie kłaniają się klasycy francuskiej komedii: Louis de Funès, Pierre Richard, Michel Galabru czy nawet Jacques Tati – to ten zapał i ta energia.
Chronosquad wciąż stoi blisko satyry i politycznej przypowieści niż bardziej klasycznych przedstawicieli nurtu sci-fi. Albertini i Panaccione wykorzystują fantastykę naukową nie po to, by przewidywać przyszłość, ale by z nowej perspektywy spojrzeć na przeszłość i teraźniejszość. Polecam.
Rysunki: Grégory Panaccione
Scenariusz: Giorgio Albertini
Tłumaczenie: Jakub Syty
Korekta: Izabela Sieranc, Hanna Antos
Skład: Jarosław Jabłoński
Ilość stron: 224
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Format: 194 × 255 mm

