Na światło i mrok

Możliwe, że zagrała tutaj moja długotrwała absencja na czytelniczym poletku fantasy, nie zaprzeczę. Jest to jednak literatura gatunku najwyższej próby. Wiem, że tutaj widać sprzężenie Tolkiena, George’a R.R. Martina, ale i Karla Edwarda Wagnera oraz zapewne wielu innych twórców, których nie znam, bo przecież do tej pory poruszałem się raczej w obrębie głównych nurtów. Nie wchodzę nawet w dyskusję o fantasy jako gatunku literackim. Jeśli zaproponujesz coś ze swoich ulubionych i, według ciebie, najlepszych tytułów, przyjmę to z pokorą i wiarą w Twoje słowa.

Niemniej, moi drodzy, przy lekturze Na światło i mrok bawiłem się doskonale, a emocji było co niemiara. Można oczywiście podkreślać jakość tej prozy (i jeszcze spróbuję to zrobić), ale dla mnie, osoby zajętej, pewnym wyznacznikiem wartości książki pozostaje tempo lektury. Ten opasły tom liczy przecież 850 stron. Pochłonąłem je szybko. Zajęło mi to nieco ponad tydzień, a jak na mnie jest to wręcz sprinterskie tempo. Napisać, że nie mogłem się oderwać, to napisać za mało. Ja po prostu żywo uczestniczyłem w przedstawionym konflikcie pomiędzy dobrem a złem. Ale czy na pewno łatwo wskazać tutaj te strony? Właśnie od tego trzeba zacząć, od tego trudnego podziału na dobro i zło.

Na światło i mrokKlasyczna fantasy wciąż potrafi zachwycać rozmachem, emocjami i bezlitosną brutalnością.

O ile w pierwszym tomie, czyli Z krwi i ognia, dało się stosunkowo łatwo wskazać strony konfliktu, o tyle teraz pojawia się pewien problem. Jasne, nadal wiadomo, kto kroczy ciemną, a kto jasną stroną mocy, ale ci stojący po stronie mroku również nie mają łatwo. W krainę wdziera się bowiem Cień. Cień nie bierze jeńców i niewiele obchodzi go wojna trwająca od eonów pomiędzy ludźmi, magami, znikami, elfami i krasnoludami, a nawet pomiędzy smokami. To siła nadrzędna, a Ryan Cahill tak dobrze uchwycił jej parszywą naturę, że nie miałem wątpliwości, iż zarówno ci teoretycznie dobrzy, jak i ci źli mają się czego obawiać.

Odniosłem wrażenie, że Ryan Cahill podjął pewnego rodzaju wyzwanie: chciał ocalić klasyczną fantasy epicką i, co najważniejsze, udało mu się to. Sięga po najbardziej rozpoznawalne elementy gatunku: rozległy świat, wielowątkową narrację, konflikt o historycznej skali, magię, smoki, dziedzictwo dawnych wojen oraz grupę bohaterów uwikłanych w wydarzenia przekraczające ich indywidualne losy.

Za smokami, magią i bitewnym rozmachem kryje się opowieść o przeszłości, od której nikt nie potrafi uciec.

Związki z klasyczną tradycją fantasy są oczywiste. Od razu widać fascynację twórczością Tolkiena. Jednocześnie u Cahilla wszystko jest bardziej surowe i brutalne, choć nadal pisane właśnie w starym stylu. Wojna nie ma tu romantycznego charakteru, a bohaterstwo nie gwarantuje moralnej czystości. Władza natomiast niezmiennie pozostaje źródłem deformacji.

Podoba mi się również to, że Cahill nie ironizuje i nie szydzi z wielkich narracji. To ten rodzaj poważnego fantasy, które nie puszcza oka do czytelnika. Tam, gdzie pierwszy tom koncentrował się przede wszystkim na ustanowieniu fundamentów opowieści, Na światło i mrok zaczyna wykorzystywać pełnię możliwości stworzonej wcześniej konstrukcji.

Najbardziej intrygujący wymiar książki ujawnia się jednak na poziomie tematów. Najłatwiej wskazać wątki związane z wojną, bohaterstwem, przeznaczeniem czy konfliktem pomiędzy światłem a ciemnością. Oczywiście są to tropy trafne. Mam jednak wrażenie, że wiele treści krąży tutaj wokół pamięci. Prawie każda struktura obecna w powieści okazuje się nośnikiem dawnych doświadczeń i wspomnień, najczęściej przykrych oraz tragicznych. Właśnie dlatego świat przedstawiony wydaje się tak gęsty. Nie tylko dlatego, że został szczegółowo opisany, ale przede wszystkim dlatego, że niemal wszystko posiada własną przeszłość.

Krwawa, epicka nawet w małych scenach, takich jak zakochanie, jedno spojrzenie czy narodziny więzi. Trzymająca w napięciu dzięki szybkiej akcji, są bitwy, pościgi, porwania, tortury i desperackie odsiecze. Niech to trwa.

Patryk Karwowski

Autor: Ryan Cahill
Tłumaczenie: Maciej Grabski, Maria Grabska-Ryńska
Korekta: Elwira Wyszyńska
Redakcja: Adrian Kyć
Ilość stron: 848
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Vesper
Format: 140 x 205 mm