Kolacja po amerykańsku

Są takie filmy, które opowiadają o outsiderach, i są takie filmy, które same zachowują się jak outsiderzy. Całe, od początku do końca. Nie proszą o miejsce przy filmowym stole, nie idą pod rękę z trendami, nie po drodze im z odgórnymi zasadami, które rzekomo powinny zostać zastosowane przy budowaniu bohatera wyrzutka. Wyglądają wręcz na improwizację, dlatego bije od nich szczerość. Przez to wszystko są też bardzo nieprzystępne, a przynajmniej mogą się takie wydać części widzów. I nie ma w tym nic dziwnego. Paradoks tej zobrazowanej wściekłości, a pewnie też prowokacji, brudu i chaosu polega na tym, że Kolacja po amerykańsku jest jednocześnie jedną z najbardziej czułych historii miłosnych, jakie wyszły spod szydła kina niezależnego.

Widziałem przecież sporo opowieści o outsiderach i buntownikach uwikłanych w love story, zarówno tych klasycznych, jak i najbardziej osobliwych. Adam Carter Rehmeier, reżyser filmu, ze swoim językiem zbliża się do takich tytułów jak Ghost World, Buffalo ’66 czy Orzeł kontra rekin. Uwielbiam wszystkie, bo mają w sobie ten filmowo-punkowy wykop.

Kolacja po amerykańskuDziki, hałaśliwy i nieobliczalny, a jednocześnie pełen czułości dla swoich bohaterów.

Tutaj jednak, w Kolacji po amerykańsku, można się chwilami tego obrazu przestraszyć. Bo czym innym jest mieć pod pewną kontrolą dzieło filmowe, a właściwie mieć poczucie, że to my, widzowie, sprawujemy nad nim kontrolę, jak w przypadku wymienionych wcześniej produkcji, a czym innym uczestniczyć w takiej Kolacji po amerykańsku. Co przez to rozumiem? Mam na myśli to, że w tamtych filmach raczej nic się nie przewróci, nic nie wystrzeli. W Kolacji po amerykańsku jest inaczej. Czasem mógłbym odnieść wrażenie, że główny bohater, Simon (Kyle Gallner), mógłby zburzyć czwartą ścianę, spojrzeć spode łba prosto na mnie i wygarnąć: „Hej, nie gap się tak, zajmij się swoimi sprawami”.

Jeden z tych filmów, które równie łatwo pokochać, co odrzucić po pierwszych piętnastu minutach.

Motywem powracającym jest tytułowa kolacja. Spotkanie przy stole, miejsce, w którym kreujemy się lub jesteśmy kreowani. Ale to przecież to nie chodzi o nas, chciałoby się buńczucznie powiedzieć, a to gówno prawda. W tych najlepszych filmach najczęściej chodzi o odbicie w lustrze. Wyglądamy i zachowujemy się tak, jak przystoi, jak wymyślą sobie tego opiekunowie albo państwo. Ma być jak na obrazku.

Tak, kolacja powraca. To właśnie przy takim stole, albo po prostu podczas rodzinnego posiłku, najczęściej kipi to, co spychane pod powierzchnię, i właśnie wtedy najczęściej dochodzi do wybuchu. O tym również jest Kolacja po amerykańsku: o ukrywaniu własnego „ja”, o bólu wynikającym z rosnących wobec nas oczekiwań.

Kolacja po amerykańsku

Temu przeciwstawia się Simon, który brnie przez życie obok. Obok systemu, obok tych oczekiwań, wbrew wszystkiemu. Wydaje mu się, że okantował państwo, że wie, jak przejść pomiędzy paragrafami. I ten sam Simon podaje rękę Patty (Emily Skeggs), młodej dorosłej, zahukanej dziewczynie, która ciągnie życie nastolatki już przez rynek pracy pomiędzy kolejnymi śmieciówkami, czy to w gastronomii, czy w handlu i usługach. Wpadła w system, po nocach śpiewa punka i nieśmiało wyciąga ręce do Simona.

To piękne love story, bo opowiada o ludziach, którzy teoretycznie nie mają nic, a w praktyce mają najwięcej, właśnie siebie. A może inaczej: mogą mieć siebie, i jest to bardzo realne.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 108 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Adam Carter Rehmeier
Scenariusz: Adam Carter Rehmeier
Obsada: Kyle Gallner, Emily Skeggs, Griffin Gluck, Pat Healy, Mary Lynn Rajskub, David Yow, Hannah Marks
Zdjęcia: Jean-Philippe Bernier
Muzyka: John Swihart