Męczeństwo Joanny d’Arc

Łzy, smutek, bezsilność. W historii kina mało jest tak mocnych, przygnębiających, a jednocześnie wstrząsających i intensywnych filmów. Nie mam problemu, by pisać o swoich emocjach i nie ma we mnie cynizmu wobec takich doznań – a tutaj rzeczywiście byłem w parszywym nastroju przez cały seans dzieła Carla Theodora Dreyera.

Nakręcony przez Duńczyka film o francuskiej bohaterce narodowej bywa określany jako dramat sądowy. W założeniu owszem, ale można dostać niestrawności, gdy rzuci się choćby okiem na taki „sąd”. W teorii taka instytucja powinna wykazać się jakąś miarą sprawiedliwości, lecz przy procesie Joanny d’Arc trudno wskazać choćby jeden jasny aspekt tej sprawy.

Męczeństwo Joanny d’ArcW tym filmie nie ma przestrzeni na oddech: tylko twarz, tylko strach, tylko system.

Zatem emocje. Emocje i twarz francuskiej aktorki Renée Jeanne Falconetti, która jest nośnikiem całego ciężaru. Jej oblicze zawiera wszystko, czego doświadcza postać i przenosi to automatycznie na widza. Nie ma ucieczki przed choćby jednym grymasem, bo decyzją reżysera było właśnie to – maksymalne zbliżenie jej udręczonego spojrzenia.

Film z 1928 roku przedstawia proces, skazanie i wyrok. Całość przebiegu była już znana od początku, od momentu, gdy pojmano dziewiętnastoletnią dziewczynę. A oskarżenia są naprawdę kuriozalne – idealne dla przyodzianych w bogate sukna możnych teologów i ludzi kościoła katolickiego, czcigodnych sędziów, którzy chcą przecież mieć kogoś na stosie. I zrobią to wszystko, bo mogą.

Nie będę ukrywać własnych emocji, a te były bardzo silne już od pierwszego ujęcia. Wystarczy sobie uzmysłowić, że sprawę Joanny d’Arc znamy tylko dlatego, że wsławiła się czymś więcej niż tym, że spłonęła. Chodzi mi o to, że poprowadziła Francję do wielu zwycięstw, miała swoje widzenia, była szalona, odważna, prawdopodobnie miała sporą charyzmę, zyskała posłuch u żołnierzy. A ile było tych dziewczyn, które płonęły na stosie raz za razem, bo przecież były „wiedźmami”. Joanna d’Arc jako heretyczka również podzieliła los wielu przed nią, a Carl Theodor Dreyer nie oszczędza widza.

Oblicze Falconetti w dokument ludzkiego rozpadu.

Dreyer jako twórca dostał do dyspozycji spory budżet i pełną swobodę, ale zamiast monumentalnej epopei wybrał surowy dramat o twarzy pod presją. Zredukował przestrzeń. Odrzucił dekoracyjność. Zamiast historycznej panoramy stworzył komorę przesłuchań, w której każde spojrzenie staje się aktem przemocy.

Męczeństwo Joanny d’Arc (1928)

Ostatecznie nie jest to klasyczny dramat sądowy ani nawet typowy dramat religijny. To przede wszystkim film o opresyjności i eksperyment, który wyprzedza swoją epokę. Wpływ dzieła na innych filmowców nie wynika z tematu, lecz z języka. Zbliżenie staje się tu strukturą narracyjną, nie ozdobą. Ta decyzja rezonuje w późniejszych dekadach – od kina psychologicznego po dokumentalne. I przez to wszystko Męczeństwo Joanny d’Arc jest filmem ponadczasowym: jednostka w systemie opresyjnym nie ma szans się wyrwać, szczególnie kiedy wyrok zapada wraz ze schwytaniem. Cała reszta to tylko pokazówka. Widzimy to w świecie współczesnym w każdym państwie z władzą opartą na reżimie. A Falconetti jako Joanna jest tu ofiarą, która nie może uciec przed naszym spojrzeniem. Arcydzieło. Bez ekspozycji, bez kreślenia krajobrazu, tylko oni – sędziowie i kaci oraz ona i cały jej strach, niepokój, wiara we własne ideały.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 82 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Carl Theodor Dreyer
Scenariusz: Carl Theodor Dreyer, Joseph Delteil
Obsada: Renée Jeanne Falconetti, Eugène Silvain, André Berley, Maurice Schutz, Antonin Artaud
Muzyka: Léo Pouget, Victor Alix
Zdjęcia: Rudolph Maté