Motomyszy z Marsa były emitowane w polskiej telewizji w 1995 roku na stacji Polsat. Ominęło mnie to. W tamtym czasie byłem już w szkole średniej i prawdopodobnie interesowałem się innymi rzeczami.
Gdy pojawiła się informacja o polskim wydaniu komiksu, nie dołączyłem do rozentuzjazmowanych czytelników, a wcześniejszych widzów, którzy piszą o Motomyszach z Marsa jako o kultowej bajce z telewizji. Właśnie w ten sposób ją wspominają. Ominęła mnie bowiem, jak już wspomniałem, emisja w Polsacie, a także późniejsze reemisje (TV4, Fox Kids).
Niemniej po pierwszych kadrach i podejściu do animacji teraz (jak wszystko, tak i Motomyszy z Marsa są dostępne w sieci), w wieku już mocno dorosłym, zobaczyłem tu duży potencjał, jeżeli chodzi o komiksowe medium. Jak się okazało, już pierwszy odcinek serialu, czyli Gaz do dechy! (premiera w zachodnich stacjach we wrześniu 1993 roku), to fabularnie coś zupełnie innego niż to, czego doświadczymy w trakcie lektury.
Reboot z krwi i kości, który zamiast grać na sentymencie, proponuje nową genezę.
Powód jest prosty, choć historia jest trochę zagmatwana. Był zatem serial, powstał i komiks adaptacja w wydawnictwie Marvel. Wówczas ukazały się trzy części, a wszystkie ruchy miały być niejako odpowiedzią na Żółwie Ninja. Nie do końca to wyszło. Obecnie wznowieniem serii zajął się Oni Press.
Dzisiejszy komiks to zupełnie nowe rozdanie. Z lat 90. scenarzystka Melissa Flores razem z ilustratorem Danielem Gete wyjęli wszak esencję – postaci z ich motocyklami. To reboot, a w pierwszym epizodzie będziemy towarzyszyć głównym bohaterom na ich planecie. Tak, na Marsie!
Zarys fabuły nakreślę w jednym zdaniu – to w zupełności wystarczy. Na Marsie narasta chaos: Plutarkianie przyspieszają eksploatację planety, a trójka młodych motomyszy – Throttle, Modo i Vinnie – zostaje wciągnięta w spiralę wydarzeń, które zmienią ich z buntowników w symbol oporu.
Motomyszy bez sentymentu i rewitalizacja z charakterem.
Nastała więc Panika na Czerwonej Planecie – jak w tytule. Za scenariusz odpowiada Melissa Flores, rysunkami zajął się Daniel Gete, a kolory nałożył Allesandro Santoro.
To historia zgrabna, solidna, raczej dla młodszego odbiorcy, a już na pewno dla tego czytelnika, który chciałby spotkać się z motomyszami w ich naturalnym środowisku.
Odczytuję „nowe” Motomyszy z Marsa jako powrót, który nie próbuje udawać nostalgicznej pocztówki. Melissa Flores i Daniel Gete traktują markę jak żywy organizm, nie jak relikt lat 90. – i właśnie dlatego ten komiks działa. Proponuje jednocześnie nową genezę, bardziej świadomą współczesnych odbiorców i bardziej wyczuloną na dramatyzm konfliktu.
Podoba mi się energia rysunków, całość dobrze skomponowana pod komiks akcji. Zastrzeżenia mogę mieć co do tempa – wytrąca się, gdy przechodzimy do wątków pobocznych, choć rozumiem, że i one są potrzebne, by połączyć fabułę w coś większego. Tak, uniwersum wydaje się rozległe.
W szerszym pejzażu kultury popularnej Panika na Czerwonej planecie wpisuje się w trend rewitalizacji marek z lat 80. i 90. Jednocześnie dzisiejsze Motomyszy z Marsa nie są zwykłym odświeżeniem. To próba przepisania nostalgii na język współczesnego komiksu akcji – przede wszystkim bardziej świadomego, a zatem bardziej nowoczesnego. Oceniam go jako niezły, a już na pewno uczciwy, bo nie próbuje być arcydziełem. Jest lojalny wobec swojej pulpowej natury.
Rysunki: Daniel Gete
Scenariusz: Melissa Flores
Kolory: Allesandro Santoro
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Redakcja: Sonia Miniewicz
Korekta: Sonia Miniewicz
Skład: Piotr Margol
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost In Time
Format: 170 x 260 mm

