PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (2017)

To jeden z dziwniejszych kinowych seansów i to dotyczący tytułu, który powinien być dopracowany pod każdym kątem. Niestety, ale właśnie Ostatni Jedi jest doskonałym przykładem, że dzisiaj najważniejsze jest, by film zarobił, a nie żeby był bardzo dobry. Ostatni Jedi to wyjątkowe nagromadzenie scen głupich, niepotrzebnych, kuriozalnych, wymieszanych z fragmentami bardzo ważnymi, potrzebnymi, w końcu o bardzo dużym ładunku emocjonalnym. Innymi słowy, najnowsza część Gwiezdnych Wojen to jeden z gorszych i jeden z najlepszych filmów z gwiezdnej sagi.

Już samo prowadzenie scenariusza jest co najmniej ekscentryczne (porównując go do poprzednich części). Otóż wszystko rozgrywa się w trakcie pościgu floty imperium za ostatnimi z ruchu oporu. Księżniczka Leia (Carrie Fisher) chce uciec, a na odległość strzału z niszczyciela leci eskadra imperium z samym Snokiem i Kylo Renem (Adam Driver) na czele. W trakcie pościgu rozgrywają się wydarzenia poboczne, chociaż to raptem dwa wątki. Z drugiej strony nie powinienem narzekać na prostolinijny scenariusz, gdyż gdzieś tam niedaleko całkiem podobną konstrukcję miał wychwalany przeze mnie Fury Road. Przecież oba filmy rozgrywają się w trakcie pościgu, z lekka tylko zbaczając z kursu. Nie powinienem więc narzekać na prostotę, ale na infantylne wątki i elementy dodatkowe już jak najbardziej. Jak choćby cały fragment z miastem – kasynem, w którym ktoś z Disneya wziął sobie za punkt honoru przekazanie prawdy o współczesnym świecie. Machnięte grubą krechą wnioski, jednozdaniowe, prawie w typie: ”nie bierzcie narkotyków”, tutaj zamienione na „wojna to biznes” bardziej żenują niż służą za cokolwiek innego. I to wszystko przy akompaniamencie najgorszych wtrętów pod postacią gotowych do sprzedaży suwenirów bazujących na marce, skonkretyzowanych pod płeć i wiek dziecka. Pluszaki, zabawki w odpowiednich rozmiarach, które mogą być przeniesione prosto z ekranu do pudełka. To było zawsze i będzie coraz częściej i niestety wciąż tak samo boli widza, który chce poczuć klimat gwiezdnej sagi, a nie zapach pluszu i plastiku. I chyba ktoś pomylił „rozluźnienie atmosfery” z „potraktujecie Gwiezdne Wojny nutką parodystyczną tak, żeby wiedzieli, że było kiedyś takie coś jak Kosmiczne jaja”. No cóż, kilka rzeczywiście zabawnych scen pokazało co do serii na pewno nie pasuje (mi osobiście).

Ale Ostatni Jedi to również sceny najlepsze dla serii, monumentalne, z doskonale rozpisanymi ujęciami, pomysłami, wnoszące film na inny poziom, bardzo poważny, epicki, również w ujęciu samej pracy operatora. Idą za tym montaż i odważne wybory kolorystyki w niektórych fragmentach. Wszystko natomiast ciągnie w górę trio Adam Driver, Daisy Ridley i Mark Hamill. To ich zależność, czy konfrontacja młodszego pokolenia, zarówno dosłowna, jak i na odległość (w obu przypadkach to majstersztyk) sprawia, że film odbierasz również przez pryzmat wyśmienitej gry aktorskiej (szczególnie dwóch wymienionych panów). Pomagają jeszcze mocarny pojedynek na miecze z przepięknie ułożoną choreografią oraz finał na planecie skutej w czerwonej skale. Ale największe brawa należą się przede wszystkim Driverowi i postaci, którą stworzyli scenarzyści. To właśnie Kylo Ren, jego zmiany, ale i związane z nim zwroty akcji, powodują, że są emocje i napięcie, a Adam Driver to kawał aktorskiej wirtuozerii, nawet jak na kino stricte rozrywkowe. Jest nieoczywisty, niepewny, ciągle zamknięty w jakiejś psychozie, doskonały przypadek na kozetkę.

Ostatniego Jedi można pokochać i znienawidzić jednocześnie. Jest jak najlepsze co mogło wyjść spod ręki fana w ciągu dnia, popsute w nocy przez czyhającą na potknięcie konkurencję. Film raz jeszcze zmontowany, przemyślany byłby kolejnym Imperium Kontratakuje, a jest tylko dobrym (z dużym minusem) produktem Disneya z drzemiąca w nim mocą.

Za seans dziękuję sieci kin

7/10 - dobry

Czas trwania: 152 min
Gatunek: sci-fi
Reżyseria: Rian Johnson
Scenariusz: Rian Johnson, George Lucas (na podstawie postaci stworzonych przez niego)
Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac
Zdjęcia: Steve Yedlin
Muzyka: John Williams

  • Conradino Beb

    Caly film sie nie rozgrywa podczas poscigu, tylko jeden z jego watkow glownych, a obydwa sa rownie wazne. Watki poboczne sa faktycznie malo tworcze i mozna by je spokojnie wyciac. Przeciw filmowi dziala jednak glownie historia z poprzednika, ktora byla koslawa i obliczona na efekt, i teraz Johnson ja naprawia. Dla mnie ten film jest na poziomie Rogue One, tyle ze mniej zwarty i troche za bardzo skupiony na zwrotach akcji, ktore bardzo czesto sa niepotrzebne. Wciaz daleko do oryginalnej trylogii, ale przynajmniej lepiej od szwajcarskiego sera Przebudzenia Mocy.

    • Pościg to 90% akcji. Jest jeszcze bitwa przed pościgiem i bitwa po pościgu. Poboczne wątki rozgrywają się równolegle do pościgu. Cała planeta – kasyno, do skasowania. A więc tak Konrad. Rzeczywiście Przebudzenie Mocy oceniłem oczko wyżej i nie wstydzę się tego! Tak jak nie wstydzę się tego, co głównie kierowało mną przy ocenie. Długo się czekało, było dużo nostalgii i to pewnie ona przesłoniła wszelkie mankamenty. Jednak w Ostatnim, było jednocześnie tyle głupot, których jednak nie było w Przebudzeniu. Cała Leia, która fruwała (klasyk), ale i wiele elementów, elemencików (Benicio Del Toro, pluszaki, pomysł z dupy z Laurą Dern i manewr z rozwaleniem niszczyciela przy pomocy hipernapędu (WTF, dlaczego to poświęcenie przyszło tak późno). JEDNAK to wszystko i tak idzie w cień, przy tylu genialnych, chociaż pojedynczych scenach. Ocena to raczej średnia.

      • Conradino Beb

        Leia sie posluzyla moca, wiec mimo ze bylo to zagranie niezbyt potrzebne i malo wyrafinowane, mozna je wytlumaczyc wewnetrzna logika filmowego swiata. Nie zgodze sie, ze bylo tu wiecej bzdurnych zagran, niz w Przebudzeniu Mocy – tam jeden absurd gonil drugi, a akcja byla posklejana, jak tania gra komputerowa. W Ostatnim Jedi dostajemy przynajmniej cos, co ma sens narracyjny. Ale jak mowie, film cierpi glownie ze wzgledu na to, ze musi operowac w puszce wykreowanej przez JJ Abramsa, ktory wprowadzil do franczyzy mnostwo nonsensu. Nostalgia nie ma tu nic do rzeczy, bo film sie po prostu kupy nie trzyma i uzywa trickow, a nie solidnej podstawy dramatycznej do pchania akcji do przodu. Ostatni Jedi z kolei cierpi glownie ze wzgledu na zbyt duzo akcji, ktora nalezaloby poswiecic na rzecz mocniejszej psychologii glownych bohaterow, co w ten sposob faktycznie zblizyloby film do Imperium kontratakuje. Bardzo ladne sekwencje walk, szkoda tylko ze na tle zwrotow akcji, ktore sa strasznie pogonione. Mamy tu dobre decyzje w sprawie losow glownych bohaterow, ktorzy jednak dalej jednak sa jak wycieci z papieru, no moze poza Lukiem. Ale to wszystko dzieje sie z jednego powodu, sukces kasowy jest dla Disneya najwazniejszy, wiec wiekszy nacisk na mitologie po prostu nie wchodzi w gre. Tu widac monstrualna roznice, stara trylogia to glownie mitologia, klimat i katharsis z dodatkiem akcji, a nowa to przede wszystkim akcja z reszta jak kula u nogi.

        • „Nostalgia nie ma tu nic do rzeczy”. Takim chłodnym okiem to ja mógłbym teraz na to spojrzeć. Przecież musisz sobie zdawać sprawę, jak wielu widzów było oniemiałych, gdy zobaczyło starych druhów na ekranie. Nie przeczę, że być może to i pewnie to przede wszystkim przesłoniło obiektywizm (i na pewno nie tylko mój). Nie oglądałem od tamtego czasu „Przebudzenia”. Tutaj natomiast nostalgii nie było za grosz i to w sumie również można uznać za plus, bo w tych wielu elementach film broni się pomimo wszystkich rozdanych kart właśnie w „Przebudzeniu”. Co do Lei, to ja mam więcej podejrzeń, że ta scena musiała być poprawiana, klejona i w sumie „cicho sza” o niej, niech już będzie, jak już jest. Na ten przykład jakieś takie niezdrowe zero zdziwienia było w najbliższym otoczeniu księżniczki, gdy ta wywinęła taki numer…

          • Conradino Beb

            Sa trzy opcje w pisaniu o filmach. Albo jestes fanboyem, albo krytykiem, albo probujesz srodkowej drogi. Osobiscie pasuje mi trzecia opcja, co oznacza ze mimo emocji patrze na filmy zimnym okiem i nie staram sie udawac glupszego niz jestem. Przebudzenie Mocy to film z tania i glupawa narracja, i calkowitym niemal brakiem dramatyzmu, ktory najbardziej podobal sie dzieciom (nawet jesli dobijaly do 40-tki). Dodatkowo, calkowicie olal wewnetrzna logike swiata przedstawionego, za co slusznie zostal zajechany w setkach artykulow. Ostatni Jedi to z kolei odwazny krok naprzod z kilkoma wybojami, ale przynajmniej podejmujacy ryzyko, co przy pracy dla Disneya w ogole jest ewenementem. Nie mozna tego nie zauwazyc, jesli chce sie byc traktowanym jako powazny krytyk filmowy. Rozowe okulary sa ok, pod warunkiem ze trzymasz kontakt z rzeczywistoscia.

          • „ktory najbardziej podobal sie dzieciom (nawet jesli dobijaly do 40-tki)”

            Tak, to ja.

            Pozwól, że wybiorę jednak czwartą drogę. Czasem będę fanbojem i pisał w emocjach (z czym, wierz mi lub nie, walczę, bo takie teksty zawsze tracą na jakości, co sam autor widzi po czasie). A czasem, jak w przypadku „Ostatniego Jedi” będę oceniał film zimnym okiem, co też staram się robić coraz częściej.