PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Spring Breakers (2013)

Spring Breakers - 2013Zanim zacznę o Spring Breakers (2013), chciałbym przypomnieć o innym filmie. Rok 1995, Larry Clark razem z Harmony Korinem tworzą najbardziej niepokojącą wizję zdegenerowanej młodzieży. Bez przyszłości, bez pomysłu, nie boję się tego napisać, zdrowo popieprzonej. Kids, bo o nim piszę był jak bieg na boso po rynsztoku. Obraz dzieciaków był bardzo sugestywny, dla mnie wtedy, w wieku lat parunastu, tylko ciekawy, ostry, nietypowy. Teraz z perspektywy rodzica, przerażający. Co zrobić, żeby uchronić własne dzieci przed takim towarzystwem? Wszystko i nic.

 
 
 
 

Harmony Korine lubi pokazywać bagno. Prowokować, wkładać kij w mrowisko. Jestem przekonany, że im większy jego filmy wywołują niesmak, tym większy pojawia się uśmiech na jego twarzy.Jego niskobudżetowy debiut Gummo, tak głęboko wszedł w moją głowę, że choćbym chciał, nie mogę wyrzucić tych obrazów z głowy.

W zeszłym roku, reżyser uraczył nas Spring Breakers. Znowu pokazuje szambo, tym razem pięknie oprawione, wyperfumowane, jak z pocztówki, jednak wciąż szambo. Brak wartości, wychowania. Spatologizowana studencka brać w ilości czterech dziewczyn, przyjaciółek, które kampus traktują jako jeden wielki pisuar. Straszną i przerażającą wizję przedstawił mi pan Korine, jednak jak zwykle wkręcającą się w podświadomość.

Cztery studentki, w tym jedna posiadająca hamulce (ale bez przesady), szukają pieniędzy na przerwę wiosenną. To czas odpoczynku, zabawy, relaksu.

Spring Breakers - 2013Cotty (Rachel Korine, prywatnie żona reżysera), Brit (Ashley Benson), Candy (Vanessa Hudgens), Faith (Selena Gomez). Trzy pierwsze wpadły na genialny pomysł zdobycia funduszy na zabawę. Napadły na knajpę, używając do tego straszaków. Miały niebywałe szczęście, gdyż żaden Jules Winnfield i Vincent Vega nie delektowali się kolejnym fast-foodem. Miały niebywałe szczęście, gdyż nie przeszkodził im NIKT.

Można mieć wrażenie, że scenariusz pójdzie w tę stronę. Zaraz pojawi się detektyw. Zacznie zbierać ślady, dojdzie po nitce do kłębka, w zasadzie do trzech kłębków. Nic z tego. Harmony Kirne nie byłby sobą, gdyby od tak pokazał prostą sensacyjną historię. To musi być historia upadku. Upadek zaś zaczął się według mnie już na etapie marnych wzorców, popkulturowych wymiocin, braku zainteresowania.

Spring Breakers - 2013

Najgorsze jest to, że rozpędzona lawina syfu, brudu, zgnilizny moralnej zgarnia i zabiera tak wielu ze sobą. Przykładem jest tutaj Faith. Niektórzy mogą zarzucić prosty zabieg z nadaniem imieniem „wiara” dziewczynie, która szuka Boga. Kto zna reżysera i jego Kids, wie że Harmony lubi bawić się takimi kontrastami. Jego Casper w obrazie z 1995 roku, wcale nie był dobrym duszkiem.

Dziewczyny jadą więc ze świeżą, zerwaną kapustą na wymarzone wakacje. Tam robią właściwie to samo co na studiach. Doszedł tylko ocean. Tempo i obrazy przelatują nam niczym w Las Vegas Parano. Kadry są słodko – mdlące. Mamy wrażenie, że operator faszeruje nas mocnymi środkami odurzającymi, do ręki wkłada nam butelkę whiskey i przedstawia nam swoje najbardziej odjechane portfolio.

Zwrot akcji następuje, gdy jedna z imprez kończy się interwencją za zakłócanie porządku, wizytą na „dołku” i szybkim 24-godzinnym sądem. Pieniążków już na kaucje nie starczy. Więc nasze cztery koleżanki, w swoich jaskrawo-kolorowych strojach kąpielowych wyglądają co najmniej groteskowo na tle szarych ścian w areszcie.

Festiwal patologii rozpoczyna się w najlepsze. Kaucję wpłaca Alien i bierze nasze bohaterki pod swoje zbrukane kryminałem skrzydła. Taką ksywkę wymyślił sobie książę ulicznej zbrodni. Właściciel największego arsenału w okolicy. Fanboy filmu Człowiek z blizną. Alien, czyli James Franco.
Każdy centymetr na ciele James’a w tej roli przypomina nam o tym, że jest gangsterem. Tatuaże, fryzura, szczęka wyścielona srebrem, fura będąca miksem z wszystkich części Za szybcy za wściekli. Po prostu, gangster.

Z deszczu pod rynnę? Być może. Nie zdradzę jak nisko upadną nasze niedoszłe absolwentki studiów wyższych. Nie napiszę też czy słowo „nadzieja” pojawi się tu choć na chwilę.

Czy film jest wart obejrzenia? Z dwóch względów na pewno. James Franco całkowicie ukradł ten film dla siebie. W zasadzie jego rola dodaje cały punkt do oceny. Jest fenomenalny. Do końca nie wiadomo czy jest sprytny, głupi, przebiegły, chciwy. Jest ucieleśnieniem marzeń o byciu gangsterem. Jest po prostu złym człowiekiem. Kolejny duży plus to Benoît Debie. Pochodzący z Belgii twórca zdjęć podniósł ten film do rangi małego artystycznego dzieła. Montaż jest bardzo specyficzny, potrafiący doprowadzić do niewielkich zawrotów głowy.

Debie pracował przy filmie Nieodwracalne, w którym podobnie jak w Spring Breakers fascynował kadrami, jednocześnie powodując spazmy. Kolory, światła, zachód słońca nad oceanem. Wszystko to przelatuje przez naszą siatkówkę w alkoholo-kokainowym miksie.

Sam film? Bardzo średni. Normalnie oceniłbym go na 3 punkty. To właśnie Franco i operator „zarobili” dodatkowe gwiazdki. Cztery główne bohaterki wypadają bardzo przeciętnie i niemrawo. Są tak szare, że w trakcie filmu parokrotnie je pomyliłem. Scenariusz? Korine pokazuje ciągle, w gruncie rzeczy podobne degeneracje. Najnowszą odsłoną „odchylonego od normy społeczeństwa” próbował wejść na salony ubierając wszystko w ładną formę. Nie udało mu się. Ten film tylko udaje, że jest o czymś ważniejszym niż patologia.

Harmony Korine to reżyser, który pokazuje nam te ludzkie zakamarki, które nasze myśli powinny omijać. Pokazuje fascynację ulicą, łatwymi pieniędzmi, brakiem wartości. Dlaczego więc kolejne pokolenie powinno obejrzeć Spring breakers? Minęło prawie 20 lat od czasu premiery Kids. Zwyrodnienia co niektórych młodych gniewnych pozostały te same. Mogę tylko powtórzyć pytanie z początku recenzji.

Co zrobić żeby uchronić własne dzieci przed takim towarzystwem? Wszystko i nic. Harmony Korine nam nie pospieszy z odpowiedzią. Nie dał jej nam 20 lat temu, nie da nam i teraz. To leży tylko i wyłącznie w naszej gestii.

 
 

Czas trwania: 92 min
Gatunek:
Reżyseria: Harmone Korine
Scenariusz: Harmone Korine
Obsada: James Franco, Rachel Korine, Ashley Benson, Vanessa Hudgens, Selena Gomez
Zdjęcia: Benoît Debie
Muzyka: Cliff Martinez, Skrillex

 

  • Może kiedyś przyjdzie mii obejrzeć. jak nie będzie nic ciekawego do zobaczenia, ale domyślam się, czego się po tym filmie spodziewać, a Twoja recenzja potwierdziła tylko me przypuszczenia…

  • Głupi film.

    Z tym że "Kids" nie było oderwane od rzeczywistości, i potrafiło wstrząsnąć. Pamiętam, że ja się przejąłem końcówką. Przy "Spring Breakers" myślałem tylko: "kto i po co wywalił tyle brokatu na niedźwiedzi stolec?". A potem jeszcze miłośnicy tego tytułu starali się mnie przekonać, że to "satyra", ech…

  • A mnie ten film zaskoczył… Może inaczej, nie zaskoczył, a raczej antycypowałem zupełnie co innego szczególnie w niektórych scenach. Mianowicie w niektórych cudownie skupiających się na kroczach młodych dziewcząt scenach miałem wrażenie, że za chwilę pojawi się przyjemny przerywnik muzyczny z lat 70-tych i na scenę wejdzie John Holmes albo jakiś obecnie popularny porno-aktor.
    Nie żebym miał coś przeciwko pornografii… ale ta cukierkowa, pełna neonów i jaskrawych kolorów stylistyka jest tak oderwana od rzeczywistości jak fabuła 14 minutowego pornosa. Swoją drogą… fabuła w tym filmie jest tylko trochę lepsza od fabuły pornosa.

    Jeden z moich ulubionych komentatorów powiedział: "Cieszyłem się, że sala kinowa była prawie pełna, gdybym oglądał ten film samotnie, czułbym się jak zboczeniec". Ja niestety nie miałem tej przyjemności i po seansie miałem ochotę się umyć.

    Kiedy już przestałem się zachwycać kolorowymi mocni przesyconymi zdjęciami podczas seansu zacząłem się zastanawiać nad bajką "Nowe Szaty Króla" i tym jak często ludzie zachwycają się autorami którzy w swoim dorobku mają tylko jedno wartościowe dzieło… A cała reszta to po prostu jechanie na opinii tego jednego dzieła.

    O ile można w jakichś innych wypadkach filmów które są przede wszystkim wizualne, a nie story-tellingowe dopatrywać się czegoś ciekawszego, głębszego… to tu taki przypadek nie ma miejsca.

    Gniot stylizowany na "artystyczne przeżycie".
    Nie obronią go ani świetne zdjęcia. (Bo łatwiej po prostu przejrzeć galerię fotosów lub nawet jakieś mush-upy np. z podkładem muzycznym)
    Nie obroni tego nawet lepszy niż dotychczas James Franco, którego zresztą ubóstwiam.

    To żadna satyra.
    Satyra wymaga czegoś więcej, chociażby cynicznego wydźwięku, puszczania oka czy przejaskrawienia i silnego podkreślenia pewnych elementów.
    Być może reżyser przeczytał gdzieś o przejaskrawieniu i wydawało mu się, że chodzi o kolory – innego wyjaśnienia dla prób definiowania tego jako jakąkolwiek "satyrę" nie widzę.

  • Tak to już jest z niektórymi twórcami. Faktem jest że spodziewałem się czegoś innego po 20 latach. Tym bardziej że swoim "Mister Lonely" pokazał że potrafi iść w innym kierunku

    Ja zapamiętam z filmu tylko zdjęcia i drugoplanowego Franco. Swoją drogą James zjadł te cztery panienki swoim talentem. To BYŁ gangster.

    Zgadza się. Żadna z tego satyra.

  • Filmu nie oglądałem (jeszcze), ale przyznam, że już teraz jednej rzeczy nie rozumiem: na wielu portalach i blogach czytałem o setkach wad tego filmu, po czym pojawiało się entuzjastyczne podsumowanie, że film jest wart "co najmniej ośmiu punktów". O co tu może chodzić? Serio – nie rozumiem.

  • No widzisz, a tutaj taka obiektywna ocena ^^. Być może niektórzy nie znają dorobku reżysera. "Spring Breakers" jest tak naprawdę wtórny w jego karierze, i to boli. Ponieważ "Kids" naprawdę potrafiło skopać widza. Mam coraz większe, nieodparte wrażenie że tutaj była robota na zlecenie.

  • Przyznam, że zaraz po seansie "Spring Breakers" film ten mnie odrzucił. Stwierdziłam, że wszystko jest w nim zbyt przesadzone, postaci wydały mi się wręcz karykaturalne. Jednak z czasem moje myślenie zwróciło się w stronę: "Hej, przecież takie rzeczy właśnie dzieją się rzeczywiście", ta degeneracja młodzieży jest powszechnym zjawiskiem we współczesnym świecie, stąd film Korine jest bardzo wiarygodny. Ale na pewno nie jest to kino dla każdego.

  • Skoro (wydaje Ci się) że domyślasz się co się po tym filmie spodziewać… to na pewno Cię zaskoczy 😉 (choć nie wiem czy pozytywnie)… Dla mnie film roku!

  • Mała kryptoreklama (mam nadzieję że autor bloga nie ma nic przeciwko) to przeczytaj to :
    http://tomiga.wordpress.com/2013/04/13/film-spring-breakers/

    może pomoże w zrozumieniu

  • Ależ ja doskonale rozumiem ten film. Rozumiem też dlaczego może się podobać. Ja nie chcę zniechęcać do seansu. Ja chcę po prostu przedstawić swoją ocenę. Z linka się cieszę. Zachęci tych których być może ja zniechęciłem. Bo wszyscy powinni obejrzeć, żeby wyrobić sobie własną opinię. Pozdrawiam.

  • Link byl dla Marka C. 😉
    A co do Twojego cytatu:
    "Spring Breakers" jest tak naprawdę wtórny w jego karierze i to boli..

    To choć nie widziałem innych jego filmów (czekają w kolejce) to
    1. Kidsów nie zaliczałbym jako jego film – bo on tam był odpowiedzialny za scenariusz (nie był reżyserem)
    2. Nie każdy film musi być jak Kids i aż tak kopać widza…

    w ogóle dużo ludzi skupia się w filmach wyłącznie na scenariuszu… oczywiście że jest on istotny ale nie zawsze kluczowy…

    jeżeli interesuje Was historia to.. przeczytajcie książkę, pójdźcie do teatru… tam znajdziecie zdecydowanie ciekawsze scenariusze niż w 90% filmów…

    Film to jest wypadkowa wielu czynników… dźwięku, obrazu i oczywiście pewnej historii, która jednak nie zawsze musi być najważniejsza…

    można podać kilka przykładów filmów które nie posiadają "kopiącej zadek" historii a mimo wszystko uważane są za świetne filmy… dlatego że to medium gdzie historia nie jest na pierwszym planie

    I myśle że tutaj jest podstawowy błąd… za duże przywiązanie do przesłania… za dużo sugestii kidsami… moim zdaniem Spring Breakers to zupełnie inne (autorskie) podejście do tematu (w swoich korzeniach, w sumie, dosyć podobnego)

  • Dokładnie i na tym polega cała przewrotność tego filmu i jego formy… wielu ludzi po prostu obejrzy, film w konwencji teledysku z półnagimi laskami, gangestrami i muzyką techno… przeprowadzony z zawrotnym tempie, gdzie nie bardzo jest czas w trakcie projekcji do zastanowienia się nad tym co się tak właściwie ogląda….
    jednak niektórzy, po sensie i ochłonięciu stwierdzą… kurcze przecież tak wygląda życie niektórych nastolatków… jakie to straszne… Korin nie chce tutaj moralizować, wywoływać wow… przedstawia po prostu hedonistyczny film w hedonistycznej formie… tylko że nie aż tak odbiegającej od rzeczywistości jak się może na pierwszy rzut oka wydawać

  • – Myślę że Kids tak mu weszło w głowę, że nie może wyrzucić tego tematu z głowy. Bardzo możliwe że Spring Breakers chciał raz na zawsze rozliczyć się z tym tematem 🙂

    – Mam nadzieję że blog odwiedzają również czytelnicy :).

  • Tomiga, nie. Cytując bardzo słaby film z bardzo dobrym on-linerem – "Nie no po prostu kur.. NIE! Boże czy ty to widzisz?"

    Ten film nie ma absolutnie nic na swoją obronę, tak jak wspominałem. To nawet nie teledysk. Za realizowanie teledysków w hollywood odpowiada Michael Bay i wychodzi mu to całkiem zgrabnie.

    Nie doszukuje się w tym czegoś co nie istnieje. To wszystko o czym mówisz, w żadnym razie nie wynika z obejrzenia filmu, to tylko twoje na ten temat dywagacje. Wiem czytam je kolejny raz, wielu ludzi na początku też się tak tym zachwycało.
    To takie wstrząsające, że nastolatki tak żyją? Czy to ma mnie jakoś zadumać? To ma mnie zszokować? Wątpię…

    Kids miało taki a nie inny wydźwięk dzięki dwóm czynnikom – 1. dobrze opowiedzianej krótkiej historyjce z życia i tu zasługa dla reżysera – Clarka. 2. Miało świetny czas – ludzie przesiąknięci byli jeszcze wizją nastolatków z lat 80, w powszechnej świadomości funkcjonowała idea małych ludzi, z buzującymi emocjami, którzy czasem zrobią coś głupiego (filmy typu: Klub Winowajców, 16 świeczników inne tego samego reżysera). Tak radykalne wyrwanie z tej sielankowej rzeczywistości, pokazanie nastolatków jako małych kalkulujących bestii, skupionych na własnych przyjemnościach i na życiu typu hustla było uderzające.
    Jednak wiele wody w Wiśle upłynęło, wiele się zmieniło.

    Teraz już nikogo to nie zaskakuje, wszystko spowszedniało, stało się normalne.

    Każdy kto widział duże zbiorowisko ludzi i obserwował je przez jakiś czas okrzepnie ze świadomością jak wygląda rzeczywistość i nic go nie zszokuje.

    Prezentowany negliż też nie jest uderzający w świecie przesyconym pornografią. Zresztą takie porównanie dwóch elementów które miały o tym traktować:
    1. W tym filmie negliż ma zszokować, zwrócić uwagę na swobodę obyczajów i orgiastyczny ekshibicjonizm. No i ten negliż oglądamy od pierwszych minut, aż po napisy końcowe, cały czas goły cycek tu, goły cycek tam, tu jakieś mało subtelne krocze… Ok, rozumiem. Nic szczególnego.
    2. Don Jon zaatakował podobny temat – seksualizacja przestrzeni publicznej. Zrobił to bardzo delikatnie urywkami zdjęć i jedną bardzo przesadzoną reklamą burgera. Ta jedna reklama, to przejaskrawienie zdziałało cuda, zupełnie jak u Paul Verhoeven w RoboCopie. Scena która trwała może 20 sekund, w połączeniu z reakcją otoczenia 30-35 sekund była świetna. Jasna, przejrzysta, wywołała śmiech i dała do zrozumienia, że bohater żyje w rzeczywistości ociekającej seksem.
    W Spring Brakers jesteśmy chłostani nagością, zalewani, ale nigdzie nie ma tego mrugnięcia oczkiem. Nie ma smaczku który dałby do zrozumienia – "tak do was mówię, a mówię że…." Do tego trzeba wyczucia, odrobinki cynizmu i sarkazmu. A ten reżyser tego nie posiada.

    Mówisz, że po obejrzeniu przychodzi czas zadumy – że ludzie faktycznie tak żyją.
    Nie, nic takiego nie nastąpi i nikt do tego nie zostanie sprowokowany – bo brak jakiejkolwiek podstawy by do takiej refleksji dojść.
    Taki efekt osiąga Wilczek z Wall Street, ale tam jest to odpowiednio zbudowane. Najpierw otrzymujemy solidną dawkę jazdy bez trzymanki bez umoralniania, bez zwracania uwagi na cokolwiek. Jednak tuż przed końcem jest kilka scen wyrywających z tej rzeczywistości, scen zupełnie nie pasujących do reszty. One wręcz zmuszają do zastanowienia się nad ich sensem, po co one tam są? I to prowokuje Cie do refleksji.
    W Spring Breakers jeżeli już nawet na siłę doszukiwać się takich scen to wciśnięte są one w środek filmu, gdzie nawet na moment nie daje się oglądającemu odsapnąć, bo kolejne gołe cycki czają się za rogiem, kolejne neony i przesycone kolory uderzają Cie w twarz.

    Korin nie jest artysta, ale bardzo stara się nim być. Jest jak Mr. Brainwash (Polecam – Wyjście przez sklep z pamiątkami Banksy'ego) – ktoś kiedyś popełnił błąd i potraktował go jak artystę i choć zupełnie na to nie zasługiwał tak teraz stara się zachowywać.

  • Ja tak do końca nie uważam tego filmu za krytykę czy satyrę na wulgarną kulturę w jakie obraca się współczesna młodzież. (Taka łatka bardziej IMO pasuje do The Bling Ring Coppoli.) Wcześniej widziałem tylko Gummo, więc mogę się mylić, ale wydaje mi się, że kiedy Korine w swoich filmach pokazuje taki margines, to chociaż wygląda to bardzo sensacyjnie i tabloidowo, to on raczej chce, w taki przewrotny sposób, zhumanizować swoich bohaterów i wzbudzić sympatię u widza.

    O ile dobrze pamiętam, to podczas filmu pojawia się narracja z offu, w której bohaterki opisują swoje wrażenia z wakacji i z ich opisów wynika, że jest to dla nich niemalże religijne przeżycie, odnalezienie sensu życia itp. Oczywiście można to potraktować jako satyrę, ale mi się wydaje, że postacie tego filmu po prostu szukają jakiejś swojej wielkiej metafizycznej "prawdy", która by do nich przemawiała, ale nie znajdują jej na uczelni tylko w spring breakowej imprezie. (Właśnie dlatego Vanessa Hudgens wykrusza się jako pierwsza – jej religijność, która po części już jest dla niej taką metafizyczną prawdą, sprawia, że nie może w pełni przyjąć tej imprezowej filozofii życia.) To wszystko wygląda bardzo pokracznie, śmiesznie i niesmacznie, ale pewnie wiele osób – może nawet z własnego doświadczenia – wie, że licealiści czy studenci szukający jakichś uniwersalnych prawd często lgną właśnie do tych "mądrości", które są pokracznie, śmiesznie i niesmacznie. Tym samym ten film wpisuje się w bogatą tradycję kina o zbuntowanej młodzieży – filmy o młodocianych przestępcach z lat 50. i o hipisach z 60.

  • Od razu zaznaczę, że chyba nie dojdziemy do konsensusu. Z tego co widzę to nieco różnimy się gustami i innych rzeczy oczekujemy od filmów… mimo wszystko postaram się ustosunkować do wybranych Twoich stwierdzeń…

    Co do negliżu… właśnie nic szokującego w tym filmie nie ma.. choć fakt podobno zakrywanie jest bardziej sexy niż pokazywanie wszystkiego…. a fakt że skąpo odziane ciała towarzyszą nam od początku do końca ma proste wytłumaczenie bo takie jest środowisko w którym toczy się akcja… to jest po prostu "element dekoracji"… tu nie chodziło bynajmniej o zszokowanie… bo co nigdy na plaży nie byłeś albo w dyskotece?

    To że w "SB" naprawdę bardzo lajtowo podchodzi do pokazywania "golizny" (swoją drogą gdzie tam jest golizna bohaterki są ubrane, skąpo ale jednak) potwierdza konfrontacja z innym, bardzo podobnym do Kidsów w swoim wydźwięku filmu,
    Klip (Clip) serbskiej reżyserki Maji Milos (z 2012 roku). Właściwie są to Kidsy 15 lat później dziejące się w Europie wschodniej (konkretnie w Serbii)

    Tam reżyserka poszła po całości… i tam zarzuty o pornografii mogłyby mieć uzasadnienie (parę słów o filmie znajdziesz tutaj:
    http://tomiga.wordpress.com/2012/08/05/nowe-horyzonty-2012-podsumowanie-czesc-i/
    )

    Don Jon choć to niezły film, z niezłymi rolami głównymi i niezłą reżyseria… jakoś kompletnie mnie nie ruszył… ot obejrzałem… i tyle… bez specjalnego zaangażowania. Zbyt stonowany, zbyt szablonowy (z takimi sztampowymi bohaterami i stereotypami jak chodzenie co tydzień do spowiedzi i reakcją księdza…)

    Podobnie jest z Bling Ring Copoli, który wygląda jak by był nakręcony 20 lat temu… nic ciekawego nie wnosi do tematu, nie daje szans do jakichś głębszych przemyśleń… no chyba że nad szafą Paris Hilton… a czekanie 90 na przebłysk ironi w ostatniej scenie… było dosyć nurzącym doświadczeniem…

    Widzę że ty oczekujesz aby każdy film który jest satyrą puszczał do ciebie oko, nabijał się w jakiś sposób z bohaterów, mówiła patrzcie jak ja się z nich naśmiewam… Korin bawi się symbolami, skojarzeniami, wykorzystuje je i miksuje w karkołomny postmodernistyczny sposób… (który jak widać nie dla wszystkich jest jednak strawny).

    I o ile w Twoim przekonaniu był wulgarny wizualnie (ja bym to określij jako wirtuozeria)… o tyle nie intelektualnie… nie puszczał oczka do widowni mówiąc spójrzcie jacy to bohaterowie są płytcy i puści… on po prostu zrobił film o dobrej zabawie… bawiąc się formą, korzystając z symboli i ikon tej subkultury… pokazał dokąd ona zmierza… bez zbędnego moralizatorstwa czy zmuszania cię do refleksji… możesz go traktować jako film o dobrej zabawie (bez podtekstów), a możesz zacząć analizować poszczególne sceny i szukać symboli, ikon…

    Wyjście przed sklep oczywiście widziałem… i w cale bym Korina do Mr Brainwasha nie porównywał bo zrobienie tak oryginalnego (choćby formalnie) filmu to wielka sztuka. Wystarczy spojrzeć na to, co na co dzień puszczają w kinach…

    Rozumiem, że kompletnie nie trafia do ciebie estetyka… no trudno… widocznie nie Twój style… ale nie można autorowi odbierać wizjonerstwa, fantazji i stylu…

    Na zakończenie pozostaje mi użyć formułki poprawnej politycznie z którą spotkałem się w jednej z recenzji.

    "Spring Breakers" to film który podzielił zarówno krytyków jak i publiczność…

    i chyba na tym możemy zakończyć naszą wymianę zdań 🙂

  • Podziwiam zapał i entuzjazm…

    Jednak dziś, w rzeczywistości w której artystą jest ten kto głośniej krzyknie "Jestem artystą" trzeba chyba być nieco bardziej zdystansowanym do tej rzeczywistości.

    Ja nie jestem na tyle fanem filmów, co opowiadania historii, a film jest po prostu jednym z najlepszych ku temu narzędzi. Być może z tego powodu "wizualne ekscesy" jakoś nigdy mnie nie cieszyły i nie byłem w stanie dać im wiary ani uwagi na jaką prawdopodobnie zasługują.

    SB być może jest jakimś osiągnięciem artystycznym, jednak jako takie jego miejsce jest nie w sali kinowej, a w CSW czy innych tego typu instytucjach. A. Żmijewski pewnie ze smakiem oglądał by ten film, ale kilka rzeczy by zmienił – np. wypełnił baseny manekinami martwych ciał, a w głównych rolach obsadził otyłych ludzi w średnim wieku.

    No ale mniejsza z artyzmem…

    Jako film SB zupełnie się nie sprawdza.

    Co do Sofi Coppoli – fakt. Bling Ring jest miałki i nijaki. A te przedłużone ekspozycje… ech… pewnie gdyby dostała do zrobienia remake Speeda też wcisnęła by tam przedłużone ekspozycje i długie momenty ciszy – bo przecież tak ładnie sprawdziło się to w Lost in Translation.

    Ale jak już mówiłem, podziwiam pasję, postaram się odwiedzać czasem blog. Żywię też nadzieję, że uda Ci się uniknąć popadania w przesadną egzaltację nad czymś co na to nie zasługuje.

    A o pornografii chętnie podyskutuje. Bo to zagadnienie bardziej złożone niż tylko "odhumanizowane ukazywanie organów płciowych w trakcie stosunku". A dla mnie "pornograficznym" w znaczeniu kulturowym może być nawet zdjęcie modeli ubranych od stóp do głów.

  • Teraz to pewnie już po ptokach, ale widzę że chłopaki The Bling Ring wspominają i biją tym chyba do mojego komentarza, ale nie za bardzo zrozumieli o co mi chodziło (nie to, że mam pretensje, jak czytam mój komentarz to sam za bardzo nie wiem o co chodzi).

    Wiec, wspomniałem o The Bling Ring dlatego, że w przeciwieństwie do Spring Breakers, film Coppoli rzeczywiście jest krytyką i satyrą na współczesną młodzież – nie chodziło mi o to, że jest lepszy albo gorszy od filmu Korine'a.

    Natomiast Spring Breakers nie jest satyrą ani krytyką, to hipisowski film osadzony we współczesnych czasach i z współczesnymi nastolatkami. Tak jak w latach 60. były filmy, w których dzieciaki odrzucały establishment i wybierały nihilistyczne życie na marginesie, tak w filmie Korine'a dziewczyny są znudzone życiem, które proponuje im system i odnajdują mistyczne uniesienia w pornograficzno-hedonistycznym świecie przerwy wiosennej. Wg mnie Korine nie krytykuje ich zachowania, przedstawię je po prostu jako coś młodzieńczego… Może nawet trochę z nim (tym zachowaniem) sympatyzuje, uznaje za alternatywę dla skostniałego status quo.

  • @Radek
    Widziałem już trochę bardzo różnych filmów w życiu, i generalnie kino mainstremowe (o hollywodzkim nie wspominając) rzadko mnie zaskakuje. Stąd też fakt, że po SB poczułem egaltacje może oznaczać, że jest to pozycja która niewątpliwie jest wyjątkowa… choć za pewne nie wszystkim przypadnie do gustu…

    @Daniel
    Tak, tak o Bling Ringu przypomniałem sobie z Twojego komentarza… i dlatego że obejrzałem go właśnie dla tego, że w jednej z recenzji były porównany do SB (moim zdaniem jednak to nie ta klasa… a film Coppoli nie specjalnie wyszedł)

    A co do samego Twojego komentarza to zgadzam się, że być może satyra to nie jest najtrafniejsze słowo do określenia SB… aczkolwiek nie jest to też suchy opis popkultury, choćby ze względu na zaskakujące i abstrakcyjne zestawienia scen, motywów, muzyki świadczących o nie tym aby nie traktować opisu tej "subkultury" poważnie ale dopatrywać się jednak drugiego dna … (przykłady: różowe kominiarki, pistolety na wodę przy napadzie, scena z pistoletami w sypialni Aliena, etc) takich obrazów, zabawy ze stereotypami, symbolami czy ikonami popkultury jest w tym filmie wiele…
    Dlatego niektórzy mówią o satyrze, która posługuje się językiem specyficznym dla opisywanego przez niego świata…

    @Patryk
    Nie da się ukryć bo co by nie sądzić o SB to dyskusje na jego temat potrafią być gorące… i przychylam się do stwierdzenia, że też świadczy o pewnej wartości filmu 😉

  • /Daniel

    Pierwsza wykruszyła się Faith (Selena Gomez), to ona uczestniczyła w spotkaniach religijnych (wyniosła to z domu, tak trzeba, krzyżyk na piersi etc.). Odpadła pierwsza bo się przestraszyła. Wystarczyło że zobaczyła uchylone drzwi do piekła i uciekła. Dobrze dla niej.

    Reszta to były popierdółki nie gangsterzy. Tak jak w często przytaczanych przez nich słowach, że jest to gra komputerowa, że będzie jak w grze. No właśnie. Nigdy nie dostały klapsa, nikt nie obił im ryjów, więc parły do przodu w swoim szaleństwie. Druga to Cotty (Rachel Korine), wsiadła do autobusu po tym jak została postrzelona. Pozostałe u boku swojego Tonego Montany dalej dobrze się bawiły. Do końca, w odróżnieniu od Franco. On miał świadomość co go czeka na ostatniej akcji. Zresztą jego strach widać w mojej ulubionej scenie w tym mocno średnim filmie.

    Sceny pełne psychodeli, Franco wijąc się z dziewuchami, i powtarzające się przez 5 minut kwestie:

    – To jak? Robimy to?
    – Pękasz.
    – Masz cykora.
    – Boisz się?
    – Boję się jak diabli.

    – Mam cholernego cykora.

    – To jak? Robimy to?

    scena wyszła świetnie.

  • "Pierwsza wykruszyła się Faith (Selena Gomez)"

    A tak, sorry, masz rację, te dziewczyny mi się trochę mylą 😉

    (Kurcz, może za słabo ten film pamiętam, żeby się na jego temat wymądrzać)

    Nie wydaje mi się, żeby Franco był prawdziwszy od dziewczyn. On też udaje, że jest Tonym Montaną. Właśnie dlatego umiera, bo zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nim nie jest, i że się boi. Te dwie najbardziej hardcorowe dziewczyny okazały się najbardziej gangsta, i to właśnie dlatego, że w pełni uwierzyły w cały swój bullshit. Jeśli to było dla nich jak gra wideo, to one przeszły wszystkie poziomy.

    "w tym mocno średnim filmie"

    Ja tez nie jestem mega fanem. Parę rzeczy jest ciekawych i fajnie nakręconych, ale to na pewno nie jest moja czołówka 2013.

  • Pingback: Like Me (2017) - Po napisach | z pasją o filmach()