Ukończone, ale niewydane. Istniejące jedynie w wersjach roboczych, bez tej przysłowiowej kropki nad i. Nawet te zaginione. W końcu były też projekty, które już niemal witały się z gąską i co? Nie ma gąski, nie ma komiksu. O nich jest Widmoteka komiksowa. Ale nie tylko, bo publikacja autorstwa Daniela Koziarskiego i Marcina Osucha dotyczy również działalności artystów na łamach pism, magazynów, a nawet czasopism zagranicznych, które gdzieś uleciały, są bez kontynuacji. Mowa tu też o pracach ukazujących się w formie pojedynczych plansz, kilku kadrów czy odcinków, które nigdy nie doczekały się jakiejś większej formy (choć nierzadko były i obietnice!).
To kolejny słodki i ciepły oddech z PRL-u? Produkt napędzany nostalgią? Poniekąd tak, ale ja nie mam z tym problemu. Przecież jako dzieciak, który z wypiekami na twarzy wertował przyniesiony przez tatę Świat Młodych, mogłem kolejny raz poczuć się bezpiecznie w czasach dzieciństwa. W latach 80. poznawałem przygody trójki harcerzy z Tytusa, Romka i A’Tomka, a przy okazji Kwapiszona doświadczałem czegoś niebanalnego, zwłaszcza dzięki niezwykle inspirującym dla mnie kolażom zdjęć i rysunków autorstwa Bohdana Butenki.
Nie chciałbym jednak, żeby Widmotekę komiksową traktować wyłącznie w ten sposób. To przede wszystkim pozycja stricte publicystyczna, obejmująca temat dokładnie założony przez autorów. Przyglądamy się rzeczom, których nie było. Jasne, brzmi to osobliwie, ale taki jest kontekst. Wszystko wokół, bo przecież i drogę do tych „widm” trzeba opisać, stanowi już wartość dodaną.
Dla mnie najciekawsze podczas lektury okazały się rozdziały poświęcone twórcom, z którymi nie miałem wcześniej styczności albo była ona bardzo ograniczona. Tak jest choćby w przypadku sylwetki Andrzeja Chyżego w rozdziale Rysownik, który za mało zaistniał. Znajdziemy tam sporo materiału bezpośrednio związanego z motywem przewodnim książki. Chociażby horror napisany przez Sławomira Zajączkowskiego. Intrygujące rysunki na jednej z plansz mogą podsycić apetyt na więcej, ale ten nie zostanie zaspokojony.
O komiksach, których nigdy nie było, choć wiele wskazywało na to, że powinny powstać.
Takich przykładów jest znacznie więcej, choćby IK wchodzi do akcji, istniejący dziś jedynie w postaci kilku szkiców Bogusława Polcha. I właśnie na przykładzie tych szkiców autorzy Widmoteki komiksowej częściej się zastanawiają, niż formułują pewniki. Bo przecież IK wchodzi do akcji może być „prawdopodobnie czymś pomiędzy sensacją a SF”. Zresztą na tym opiera się szkielet całej publikacji. W dużej mierze są to domysły: czy coś mogłoby przerodzić się w serię, w którą stronę mógł pójść projekt, czy dany rysunek zwiastował coś większego.
Publikacja zazębia się również (czasem) z Komiksowymi dziwadłami epoki przełomu Daniela Koziarskiego i Wojciecha Obremskiego. Obie książki omawiają lub przynajmniej pochylają się nad kilkoma tymi samymi tytułami. Chociażby magazyn KRON, stworzony głównie jako reklama wódki. O ile Koziarski i Obremski traktują go jako osobliwość wpisującą się w koncepcję komiksowych dziwadeł, o tyle Koziarski i Osuch skupiają się na zapowiedziach sugerujących, że KRON miał się rozwijać. Nie rozwinął się. Podobnie wygląda historia serii Umpli-Tumpli, której perypetie zostały opisane zarówno w Komiksowych dziwadłach…, jak i w Widmotece komiksowej.
Oczywiście czerpałem z tej książki niekłamaną przyjemność, choć niekoniecznie tylko przy okazji fragmentów bezpośrednio związanych z jej głównym motywem. Zainteresowała mnie choćby przepastna twórczość Tadeusza Raczkiewicza, z którą wcześniej się nie zetknąłem. Nie znam nawet Tajfuna, więc trudno byłoby mi szczególnie ekscytować się projektami niezrealizowanymi. Tak, wychodzi tutaj obycie, a właściwie jego brak, w przypadku niektórych tytułów. Nie czułem się jednak zagubiony. Poznałem zarówno samego artystę, bo autorzy zawsze przybliżają bohatera danego rozdziału, jak i jego dorobek oraz plany, które w pewnym momencie zostały przerwane, a czasem nawet zagubione.
Widmoteka komiksowa zagląda tam, gdzie kończą się archiwa, a zaczynają domysły.
A adaptacja mojego ukochanego Złego Tyrmanda? Tutaj serce powinno zabić mocniej chyba każdemu. Rysownikiem miał być Marek Szyszko, a za przeniesienie tekstu odpowiadać Jerzy Niemczuk. I znowu nic z tego nie wyszło. Na łamach Widmoteki komiksowej możemy jedynie zerknąć na szkice Szyszki przygotowane do tego projektu.
Oczywiście z większym zrozumieniem czytało mi się również o tych przedsięwzięciach, o których wiedziałem więcej albo byłem świeżo po lekturze związanych z nimi komiksów. Tak było choćby w przypadku Zesłańców Jerzego Wróblewskiego, który moim zdaniem zasługiwał na ciąg dalszy.
Widmoteka komiksowa jest więc napakowana ciekawostkami, które w większości żywo mnie zainteresowały. Zdjęcia, plansze robocze, szkice, do tego wszystkiego również będziemy mieli wgląd. Są też skany rozmaitych dokumentów. Przykładem może być umowa z Jerzym Wróblewskim i zapisanej w niej kwoty 12 milionów złotych za ilustracje do komiksu Titanic dla wszystkich (rzecz jasna album się nie ukazał). Nie była to szczególnie duża suma, zważywszy że te 12 milionów wystarczało wówczas na zakup dobrej klasy telewizora, a praca obejmowała aż 46 stron komiksu.
Po prawdzie można wysnuć wniosek, że wszystko dotyczące epoki PRL-u, a w tym przypadku głównie komiksu, da się traktować poniekąd jako materiał widmowy. Niektóre tytuły są wznawiane, wiele wciąż prezentuje się okazale zarówno pod względem treści, jak i walorów wizualnych. Można jednak odnieść wrażenie, że część współczesnych czytelników chciałaby tę epokę definitywnie zamknąć, a my jakoś nie potrafimy się jej pozbyć. Krąży w krwiobiegu, co nie?
Możliwe, że Widmoteka komiksowa będzie dla niektórych jedynie pretekstem, by raz jeszcze zanurzyć się w nostalgicznych wspomnieniach tego, co było. Sama książka pracuje jednak wyłącznie na własny rachunek. Jest tu wyraźne założenie i autorzy konsekwentnie trzymają się narzuconych ram. Wprawdzie zawędrowali aż na Węgry, czego przykładem jest rozdział o IX muzie znad Dunaju, ale temat przewodni pozostaje spełniony od początku do końca.
Polecam tę publikację zarówno jako rzetelne opracowanie, jak i pewnego rodzaju podróż w czasie. Czytajcie.
Autorzy: Daniel Koziarski, Marcin Osuch
Redakcja: Bartosz Kurc
Korekta: Jarosław Ejsymont
Ilość stron: 288
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Kurc
Format: 165 x 235 mm
KSIĄŻKA OBJĘTA PATRONATEM PRZEZ 'PO NAPISACH’. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

