The Cycle

Lubię horrory dystrybuowane przez Shudder (platformę streamingową skupioną na kinie grozy, w naszym regionie wciąż niedostępną). Lubię je, bo chociaż niejednokrotnie widać niewielkie budżety, każdy nadrabia scenariuszem i zaangażowaniem twórców. To małe produkcje, ale spełniają swoją rolę solidnego horroru, który za każdym razem potrafi zaskoczyć widza, a już na pewno wyróżnić się na tle wielu wysokobudżetowych tytułów.

The Cycle dotyka tematu likantropii i już za to należy mu się uwaga widza, bo horrorów o wilkołakach jest stanowczo za mało. Nie należy jednak traktować go na zasadzie „na bezrybiu i rak ryba”, ponieważ wybija się ponad przeciętność nie tylko samym tematem, ale również realizacją.

The CycleTo kolejny dowód na to, że najciekawsze horrory często powstają poza głównym nurtem.

Przede wszystkim scenariuszem. The Cycle to rodzaj mrocznego thrillera, hybrydy horroru i kryminału. Ale już tutaj, przy omawianiu tej historii, warto na chwilę zatrzymać się przy sylwetce reżysera. Prawdopodobnie nazwisko Jordana Downeya niewiele wam powie. Ma na koncie cały szereg krótkometrażówek, jest też po pełnometrażowym debiucie ThanksKilling z 2008 roku (nie widziałem go). Ja jednak chciałbym przypomnieć o trwającym 72 minuty mikrobudżetowym Łowcy głów, absolutnym zwycięstwie filmowego twórcy nad ograniczeniami filmowego tworzywa. Tak o nim pisałem:

„Nie trzeba za bardzo orientować się w przemyśle filmowym, by wiedzieć, że 30 tysięcy dolarów budżetu przeznaczone na film będący wypadkową fantasy i horroru to zdecydowanie za mało. Jednak te 30 tysięcy dolarów mogą w niektórych przypadkach pomóc. Wtedy do głosu dochodzą zapał, pomysły i patenty, dzięki którym, jeżeli się sprawdzą, będą o tobie długo mówić. Fani docenią, koledzy z branży zauważą. Za 30 tysięcy dolarów Jordan Downey nakręcił horror fantasy o wojowniku mścicielu, który prowadzi krucjatę przeciwko potworom, bo jeden z nich zabił mu córkę. Całość wpada w ponurą i przygnębiającą tonację, z której docierają do widza emocje w kolorach opadającego, brudnego kurzu.

Taki jest Łowca głów – opowieść o wiedźmińskim herosie, ojcu, który miał w życiu jedną miłość”.

Był to pod wieloma względami film nietuzinkowy. Teraz przyszedł czas na The Cycle, horror i kryminał w jednym, opowieść o śledztwie, demonach przeszłości i wilkołaku. Film rozpoczyna się od makabrycznego odkrycia podczas dochodzenia w sprawie brutalnego morderstwa. Wezwana na miejsce antropolożka sądowa Meg Garland rozpoznaje w jednej z ofiar własnego ojca, który zaginął kilkadziesiąt lat wcześniej. Dziwna sprawa, bo o ile pozostałe ofiary prezentują wstrząsający obraz, o tyle sam mężczyzna znajduje się raczej w nienaruszonym stanie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Wilkołak, śledztwo i rodzinne tajemnice składają się tutaj na zaskakująco udaną całość.

Najciekawsze jest to, w jaki sposób The Cycle funkcjonuje na przecięciu różnych tradycji gatunkowych. W pierwszej kolejności przywołuje kino śledcze. Mamy tutaj charakterystyczny sposób obserwowania miejsca zbrodni, rekonstruowanie zdarzeń i analizowanie dowodów. To właśnie w dochodzeniu pobrzmiewają echa współczesnych thrillerów proceduralnych. Dopiero później film zaczyna przesuwać się w stronę pełnokrwistego horroru. I nie robi tego gwałtownie. Transformacja następuje niemal organicznie. Śledztwo nie zostaje porzucone, lecz jakby zarażone czymś obcym.

The Cycle

Świetnym pomysłem jest również niemal naturalne uformowanie grupy dochodzeniowej. Nie towarzyszą temu żadne długie rozmowy czy formalne ustalenia. Antropolożka, kilku policjantów i koroner. Wszystko klarownie się spina. Jasne, dochodzenie momentami posuwa się naprzód trochę zbyt łatwo, a zbiegi okoliczności bywają aż nazbyt widoczne, ale to szczegół. Nic nie przesłania pierwszorzędnie wykreowanej atmosfery. Może doskwierać także leniwe tempo, choć najwyraźniej taki jest styl reżysera. Podobnie było w Łowcy głów.

Jordan Downey ponownie dysponuje zbyt małym budżetem, by jego horror, również mocno cielesny, mógł wybrzmieć naprawdę donośnie. Robi jednak, co może, i wychodzi z tej próby obronną ręką, choć szkoda kilku ujęć. To jednak, co otrzymujemy na polu likantropii, jest wspaniałe. Sam wilkołak to pierwszorzędna robota oparta na efektach praktycznych. Transformacja przywołuje najlepsze czasy filmowych wilkołaków, łącznie z Amerykańskim wilkołakiem w Londynie (1981, John Landis). Charakteryzacja również jest dosadna. Ma budzić wstręt i obrzydzenie, a swoje zadanie wykonuje bez zarzutu. Kuleje nieco ruch stwora, brakuje też szerszych planów, ale tutaj wszystko ponownie rozbija się o budżet.

To także opowieść o dziedziczeniu, pamięci i traumatycznych przeżyciach. Potwór staje się jedynie materializacją czegoś głębszego. Nieprzepracowanej przeszłości. Rodzinnych tajemnic. Bardzo ciekawa pozycja.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 111 min
Gatunek: kryminał, horror
Reżyseria: Jordan Downey
Scenariusz: Jordan Downey, Kevin Stewart
Obsada: Deborah Ann Woll, Jeffrey Donovan, Gretchen Corbett, Phillip Andre Botello, Will Hochman
Zdjęcia: Kevin Stewart
Muzyka: Nick Soole