Co mi przeszkadza we współczesnym podejściu do biografii ludzi, którzy mieli duży wpływ na kształt świata? Nie napiszę wprost, bo tutaj nie ma łatwej odpowiedzi. Jest kilka znamion tego, że Napoleon Scotta nie mógł mnie zainteresować, ani w takiej realizacji, jaką otrzymałem, ani jako temat sam w sobie.
W teorii mogło to zagrać, bo na tle wielkiej polityki, wielkich ruchów wojskowych i wyraźnego lepienia świata dostaliśmy dramat osadzony bardzo blisko głównego bohatera. To znaczy dramat wynikający z jego osobowości, przypatrywanie się człowiekowi dziwnemu, porywczemu, okrutnemu, mającemu zarówno kompleksy, jak i manię wielkości. Niezwykłej maści megaloman, który na nieszczęście setek tysięcy żołnierzy dostał możliwość kierowania nimi. Och, te sukcesy wojskowe były wspaniałe. Przecież wygrał bitwy, a gdyby nie on, nie wiadomo, jak wyglądałaby Europa. Poniósł klęskę pod Waterloo, więc to także zobaczymy na wielkim ekranie.
Z pewnością Napoleon był ciekawym przypadkiem, jak wszyscy ci, którzy dostali się na szczyt świata i mogli rzucić kamieniem w każdą stronę.
Tylko że mnie ci ludzie już nie interesują. Na dzień dzisiejszy wolę towarzyszyć złomiarzowi w jego codziennej wędrówce z kilkoma sprężynami i dwiema rurkami z aluminium.
Trudno zachwycić się filmem o cesarzu, gdy bardziej interesują cię zwykli ludzie.
Udała się Scottowi jedna rzecz. Nakręcił filmową biografię Napoleona, człowieka, którego po dziś dzień we Francji się wielbi, i zrobił to metodą szkolną, przelatując przez najważniejsze wydarzenia. Napisałbym, że to seans „bez serca”, ale ja nawet nie chciałem tutaj serca zobaczyć, bo skupiony byłem na tym przygaszonym spojrzeniu Joaquina Phoenixa. Tak, Scott robi bardzo wiele, by rozebrać pomnik. Jego Napoleon jest śmieszny w ten mało zabawny sposób.
Mogę więc pochwalić skalę widowiska, obrazy bitewne oraz stronę techniczną. Zdjęcia Dariusza Wolskiego są świetne, przy sekwencjach z tłumem ludzi wojsko odpowiednio mocno spowija ziarnistość. Nie ma tu wygładzonego obrazu, kolor utrzymano w brudnych tonacjach, czuć grozę i śmierć, która jest syta. Nie stanę jednocześnie w szeregu tych, którzy są zniesmaczeni takim przedstawieniem Napoleona. Jak napisałem, mam już dość wszystkich tych możnowładców i ich imperialnych zapędów.
Najciekawsze w Napoleonie jest to, jak konsekwentnie odbiera bohaterowi wielkość.
Ale pomijając już wszystko, wynudziłem się. Tempo nie jest pode mnie. Wojna, dramat domowy, wojna, zmęczony wyraz twarzy Napoleona. Trudno traktować ten film jako rekonstrukcję życia Bonapartego. Scott wybiera fragmenty, pomija całe rozdziały i kompresuje czas.
Na pewno Joaquin Phoenix gra Napoleona wbrew oczekiwaniom. Nie buduje postaci na charyzmie. Nie tworzy ekranowego tytana. Jego cesarz wydaje się szorstki, emocjonalnie niedopasowany, a momentami wręcz niezręczny. To człowiek, który potrafi rozkazać tysiącom żołnierzy, lecz nie potrafi zapanować nad własnymi lękami.
Jeżeli miałbym już wskazać jakiś atut, to chyba właśnie decyzję Scotta, by przedstawić Napoleona w taki sposób. Bo cokolwiek złego można napisać o tej produkcji, da się wysnuć wniosek, że Napoleon Scotta to film nakręcony po bandzie. Reżyser portretuje jednego z najbardziej wpływowych ludzi nowożytnej Europy tak, jakby nieustannie był kimś zbyt małym dla własnej legendy.
Czas trwania: 160 min
Gatunek: dramat, historyczny, biograficzny
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: David Scarpa
Obsada: Joaquin Phoenix, Vanessa Kirby, Tahar Rahim, Rupert Everett, Ben Miles
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Martin Phipps

