Kiedy David Chauvel i Jérôme Lereculey rozpoczynali Wollodrïn, łatwo było założyć, że będzie to kolejna europejska seria fantasy korzystająca z dobrze znanego zestawu motywów.
Tak zaczynałem swój tekst o pierwszym tomie albumu Wollodrïn:
„przypadek, gdy liczysz na porządne fantasy, a dostajesz porządne fantasy i dużo więcej. Mogę się mylić, ale chyba nikt nie reklamuje albumu Wollodrïn jako doskonałej hybrydy gatunkowej? Zacznę natomiast od tego, że to najlepsza niespodzianka na koniec roku”.
Z lekką konsternacją wertowałem natomiast strony drugiego tomu. Wynikała ona jednak z prostego faktu. Dużo się tu dzieje, od razu zostajemy wrzuceni w wir przygody, a mnogość elementów potrafi przytłoczyć. Ale spokojnie, wszystko się wyklaruje i znów będziemy mogli trwać w tym cudownym stanie upajania się dobrym fantasy.
Za pozornie klasyczną opowieścią o wyprawie kryje się komiks znacznie odważniejszy i bardziej zaskakujący.
Wątki, owszem, są rozbiegane, podzielone na kilka fabularnych ścieżek. Wszystkie jednak prowadzą do wspólnej opowieści. Zadba o to magia, ta stara i zarazem nowa siła z polan Wollodrïn, wyjęta jakby z najlepszych przepowiedni i rozległych, epickich historii. To te same opowieści, w których trzeba bronić niewinnego dziecka (kłania się Willow), uciekać przed mrocznymi, upiornymi magami (niczym Nazgule od Tolkiena). Tak, to standardowe schematy. Piszcie, co chcecie, ale tylko dzięki niezwykłej wyobraźni scenarzysty Wollodrïn osiąga tu poziom nietuzinkowy. Dość napisać, że pomysły wchodzą na tak oryginalne przestrzenia, że w niektórych miejscach Wollodrïn zaczął mi przypominać serię Saga.
Jest też w tym albumie coś szczególnego w tej specyficznie prowadzonej narracji, a mianowicie montaż plansz. Może to początkowo zbić z tropu, ponieważ wydarzenia z kilku wątków przedstawiane są na dwóch stronach, po czym następuje ostre cięcie i fabularny przeskok do innej pary bohaterów. Jednocześnie wszystko zostało doskonale przygotowane pod względem emocji i napięcia. Liczne historie, w których jako czytelnicy towarzyszymy poszczególnym postaciom, opowiedziane są bardzo dynamicznie. W praktyce nieustannie chcemy czytać dalej, przewracać kolejne strony. Co chwilę jesteśmy stymulowani przez scenarzystę, ale też, przyznaję, przez rysownika.
Wollodrïn przypomina, że wielkie fantasy wciąż potrafi zachwycać, jeśli stoi za nim odpowiednio odważny pomysł.
Wracając na chwilę do historii tej heroicznej eskapady bohaterów (elf, krasnolud, ork i…), warto zauważyć, że zarówno oni, jak i wiele innych postaci funkcjonują w cieniu dawnych konfliktów, legend oraz wydarzeń, których same nie doświadczyły, lecz których skutki nadal determinują ich wybory. Chauvel pokazuje, że przeszłość jest jednocześnie źródłem tożsamości i ciężarem utrudniającym porozumienie.
Kiedy obserwujemy losy krasnoluda Tridïka czy pozostałych bohaterów przewijających się przez kolejne albumy, coraz mniej istotne staje się pytanie o to, dokąd zmierzają. Znacznie ważniejsze okazuje się to, jak zmienia ich sama droga. Fantasy od zawsze kochało wielkie podróże, ale w Wollodrïn nie służą one wyłącznie przekraczaniu geograficznych granic.
Ilustracyjnie bez zmian, czyli nadal na bardzo dobrym, klarownym poziomie. Jérôme Lereculey należy do tych rysowników, którzy imponują nie ilością detali, lecz umiejętnością ich organizowania. Od razu wiedziałem, o co chodzi, i od razu uśmiechnąłem się, gdy zobaczyłem znajome elementy z pierwszego tomu, zwłaszcza szał krasnoluda.
Finał tej historii zaskakuje i wprowadza ten wyjątkowy moment czytelniczego zawieszenia. Jak to? Można tak po bandzie, tak oryginalnie i brutalnie? Jeżeli trzeba zrobić coś szczególnego od strony scenariusza, aby tytuł został zapamiętany, to właśnie tak należy postąpić.
Scenariusz: David Chauvel
Rysunki: Jérôme Lereculey
Kolory: Lou
Tłumaczenie: Jakub Syty
Skład: Piotr Margol
Redakcja: Maciej Mrozowski
Korekta: Agata Bogusławska
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost in Time
Format: 210 x 290 mm

