Napisać o Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma jako o „liście miłosnym” to zdecydowanie za mało. Być może nawet nie na miejscu. Z pewnością nadużywamy tego określenia, bo film ten jest czymś innym. Na pewno nie jest horrorem o horrorze.
Choć nieustannie wracałem do myśli, że to w gruncie rzeczy film zabawny i samoświadomy, jednocześnie postrzegałem go jako coś dziwnego i raczej takiego, co się fajnie analizuje i rozmawia o nim (najczęściej i może niestety, głównie). Punktem wyjścia jest tutaj fikcyjny slasherowy cykl Camp Miasma, a osią narracji relacja między młodą reżyserką przygotowującą reboot serii a aktorką związaną z jej pierwszą odsłoną. Opowieść o tworzeniu nowego rozdziału kultowego cyklu staje się zarazem historią tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy ukochane obrazy zaczynają go definiować.
Wykorzystując język slashera, film opowiada o znacznie bardziej uniwersalnym lęku: utracie granicy między życiem a ukochaną fikcją.
Najważniejszy wydaje mi się tutaj ślad, jaki stary, ukochany horror pozostawia w psychice widza. To, jak postrzegamy las, prowadzącą przez niego drogę czy dom stojący na uboczu. Jak patrzymy na światło zapalone w pokoju na poddaszu. Horror, szczególnie oglądany za młodu, wpływa na wiele rzeczy. Nie ma od tego ucieczki. Kto raz obejrzał Piątek, trzymastego. w wieku nastoletnim, już zawsze będzie inaczej patrzył na leśne obozy. Jednocześnie cała ta pamięć nie musi być groźna. Raczej wzbogaca doświadczenie, otwiera kolejną furtkę dla wyobraźni. I Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma jest między innymi właśnie o tym.
Przewrotna, inteligentna i zaskakująco czuła refleksja nad kulturą grozy.
To również dialog pomiędzy amerykańskim slasherem, przede wszystkim, a refleksją nad kulturą fanowską. Na styku pamięci o prostym skądinąd schemacie gatunkowym i usilnej próbie nakręcenia czegoś współczesnego, odpowiadającego własnym wyobrażeniom o kinie „ambitnym”, stoi główna bohaterka. To jedne z najlepszych momentów filmu. Z jednej strony pamięta o fundamentalnych wyznacznikach gatunku i doskonale rozumie, z czym wiąże się horror o mordercy przebijającym korpusy włócznią. Z drugiej (przez pryzmat własnej seksualności?) próbuje flirtować z queerowym arthousem, nierzadko trudnym do przyswojenia. Jest jednocześnie fanką i krytyczką własnych fascynacji.
Jeszcze ciekawiej wypada Billy Presley, czyli Gillian Anderson. Jej bohaterka wydaje się bardziej realna niż świat wokół niej, a jednocześnie najbardziej od niego oddalona. Anderson doskonale rozumie paradoks gwiazdy horroru i osoby zatrzymanej na zawsze w cudzym wspomnieniu.
Tematycznie film krąży wokół wielu pragnień. Najważniejszym wydaje się potrzeba odnalezienia siebie w obrazie i filmowej fikcji. Od strony formalnej jest to dekonstrukcja slashera: nie dla wszystkich, odważna, celebrująca kulturę i znaczenia. To opowieść o duchach zamieszkujących kulturę oraz o fikcyjnych postaciach, które przeżywają swoich twórców.
Gatunek: dramat, horror
Reżyseria: Jane Schoenbrun
Scenariusz: Jane Schoenbrun
Obsada: Hannah Einbinder, Gillian Anderson, Jack Haven, Patrick Fischler
Zdjęcia: Eric Yue
Muzyka: Alex G

