Kulawe konie

Odwykłem od literatury tego sortu. Odwykłem, albo wręcz rzadko sięgam po powieść szpiegowską. Jestem fanem serialu Kulawe konie – jest precyzyjny, doskonale obsadzony, wnosi do telewizyjnego medium coś nowego, pewną ironię, ale zawsze utrzymaną w powadze. W takim nerwowym uniesieniu brniemy przez te zajmujące intrygi, fabuły, budujemy obraz wzajemnych relacji. I prędzej czy później było jasne (możliwe, że większość entuzjastów serialu zdecydowała się na taki krok), że sięgnę po literacki pierwowzór.

Dzisiaj jestem po pierwszej części, którą Mick Herron nazwał po prostu Kulawe konie. Czy muszę raz jeszcze naszkicować charakter tej powieści i wyjaśnić znaczenie tytułu? Powinienem to zrobić, przecież wielu czytelników mogło nie słyszeć ani o Herronie, ani o serialu. Zatem Kulawe konie to oni, szpiedzy, którym powinęła się w jakiś sposób noga. Dali ciała, pisząc kolokwialnie. Niekiedy były to porażki takiego formatu, że można by ich zwolnić, choć nie zawsze.

Kulawe konieSzpiedzy z marginesu okazują się ciekawsi niż najlepsi agenci wywiadu.

Dział HR wydedukował jednak, że lepiej po prostu przesunąć ich na boczny tor, do tak zwanego Slough House, umieralni, w której kariera leży gdzieś w piwnicy, ktoś tę piwnicę zamknął i wyrzucił klucz. Robi się to z wielu względów, najczęściej czysto praktycznych. Agenci, którzy nawalili, coś jednak wiedzą, są przeszkoleni, więc do końca nie można się ich pozbyć. A nuż zdarzy się jakiś frustrat i zacznie bruździć tym, którzy pozostali w służbie?

Po to jest Slough House, stara, niedofinansowana placówka, którą można by uznać, patrząc zarówno z zewnątrz, jak i od środka, za jakąś melinę. Może nawet za przyczółek bohaterów z filmu Withnail and I. I siedzą tam, zapomniani, bez perspektyw.

Niektórym to pasuje. Odstawiony na boczny tor Jackson Lamb, kiedyś as wywiadu, może oddawać się czułemu nicnierobieniu. Ale już River Cartwright, wnuk asa wywiadu, chciałby powrócić do Regents Park, głównej placówki, gdzie ciągle coś się dzieje.

Pierwsza część długiego już cyklu (na rynku brytyjskim jest kilkanaście tytułów) opowiada o porwaniu młodego Pakistańczyka. Do akcji włącza się ekipa Lamba. Jak to się stało, że ci wszyscy nieudacznicy, jak Lamb ich nazywa, zajęli się, a właściwie musieli zająć się, sprawą z pierwszych stron gazet? Porywacze nie przedstawili żadnych żądań, po prostu oświadczyli, że utną chłopakowi głowę. Koszmar ma się rozegrać na żywo w internecie.

Tak wygląda szpiegowska literatura napisana z pomysłem i wyczuciem.

Mistrzostwo. Tak w formie, jak i w przedstawionej intrydze. Herron opracował patent ciągłego stymulowania czytelnika, a przecież nie dzieją się tu nawet żadne spektakularne rzeczy, które można by wiązać z gatunkiem szpiegowskim. Nie ma pościgów, strzelanin, bójek. Jeżeli już się pojawiają, to raczej czytamy o ich skutkach, coś zdążyło się wydarzyć albo właśnie do czegoś takiego zmierzamy.

Herron rozpisuje akcję w taki sposób, że mocno pracujemy wyobraźnią. On tylko podaje namiary, przedstawia zarys wydarzeń, nie skupia się na długotrwałej wymianie ciosów. Piszę tu głównie o tych gwałtowniejszych momentach, których i tak nie znajdziemy w powieści zbyt wiele. Siłą Herrona jest wymyślona przez niego intryga oraz to, że wszystko mogło mieć miejsce. Jest wiarygodne i wiarygodnie przedstawione.

Jeżeli chodzi o to stymulowanie czytelnika i opracowany patent, chciałbym to wyjaśnić. Owszem, powieść jest podzielona na rozdziały. Ale wewnątrz nich są jeszcze minirozdziały, w których towarzyszymy różnym postaciom. Ktoś wykonuje jedną rzecz, jednocześnie Lamb udaje się w inne miejsce, a ktoś jeszcze inny wpada w tarapaty.

Większość tych równolegle prowadzonych wątków kończy się cliffhangerem w rodzaju: „właśnie sobie przypomniałem, skąd go znam”. I wtedy przeskakujemy do innych wydarzeń. Po powrocie niekoniecznie dowiadujemy się tej rewelacji. Wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń już ją znają, oprócz nas, czytelników. To się po prostu dzieje. I jest rozegrane fenomenalnie. Ciągła stymulacja szarych komórek, nieustanne grzebanie w pamięci odbiorcy. Bardzo mi się to podobało.

A co do adaptacji, okazuje się, że była wierna, choć z innym podejściem do finału. W książce Herron pozostaje wierny swojemu stylowi również w zakończeniu. Telewizja wymagała jednak wybuchu, a w powieści jest raczej tak, jak najczęściej bywa w życiu: po cichu, bez krzyku, gorzko. Świetna rzecz.

Patryk Karwowski

Autor: Mick Herron
Tłumaczenie: Robert Kędzierski, Anna Krochmal
Korekta: Pracownia 12A
Redakcja: Marcin Piątek, Dominika Rychel
Ilość stron: 424
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Insignis
Format: 140 x 209 mm

KSIĄŻKA UDOSTĘPNIONA PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ JĄ NA PÓŁKACH