Ciężko mi wejść na tory pozytywnego odbioru filmowego dzieła, gdy już od początku coś jest z nim nie tak. A najgorzej, kiedy problem tkwi w głównej bohaterce. Raz, że jest irytująca, niesympatyczna i naprawdę trudno było mi z nią przebywać jako widzowi. Dwa, sposób jej prezentacji. Oczywiście rozumiem, czemu miało służyć to, że tytułowa Supergirl została pokazana jako chaotyczna, niechlujna, zbuntowana nastolatka. Oczywiście musi przejść przemianę, bo „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”.
Wiadomy cytat, pochodzący od zupełnie innej postaci, pasuje wszak do każdej przemiany bohatera, do kogoś, kto w końcu zaczyna zdawać sobie sprawę ze swojego miejsca we wszechświecie. Tak, we wszechświecie, bo akcja Supergirl rozgrywa się właśnie tam, daleko od planety Ziemia.
Supergirl czyli film, który mknie naprzód, ale donikąd nie dociera.
Craig Gillespie jako reżyser wydawał się ciekawym wyborem. W jego najlepszych filmach bohaterowie funkcjonują na granicy społecznej pozy. Gillespie ma przecież w dorobku fantastyczne Jestem najlepsza. Ja, Tonya, Miłość Larsa, całkiem udany Postrach nocy (remake horroru z 1985 roku), no i nienajgorszą Cruellę. To z tych lepszych, o gorszych nie piszmy. Jednak już te cztery tytuły przedstawiają twórcę jako reżysera utalentowanego. To nie są filmowe przypadki, lecz konkretne reżyserskie deklaracje. Potrafi budować energię z konfliktu między buntem a oczekiwaniami otoczenia. W Supergirl próbuje przenieść tę metodę do widowiska science fiction. Chwilami się udaje, ale najczęściej nie.
Niewykorzystany potencjał zamknięty w superbohaterskim szablonie.
Idąc tym tropem, dostałem kompletnie nieangażującą historię, choć jakieś podwaliny pod ewentualny sukces mogły tutaj istnieć. Ot, choćby ta nieszczęsna bohaterka, tak bardzo niechętna wobec własnej roli, której ostatecznie musi się nauczyć. Milly Alcock gra Supergirl, czyli kogoś, kto przeżył katastrofę, lecz nie zdążył jeszcze zamienić traumy w mitologię.
Do tej nieangażującej historii w komplecie dostałem również nieangażujące widowisko. Oczywiście nakłada się na to moja absolutna niechęć do takiego kina, ale potrafię, tak sądzę, wznieść się ponad własne uprzedzenia, gdy film ma coś do zaoferowania. Ale tutaj? Tutaj dominują obrazy produkowane przez współczesny blockbusterowy system. Efekty specjalne nie są katastrofalne. Są gorsze, bo stały się dla mnie autentycznie obojętne.
I to tempo… Niby na złamanie karku, ale co kilkanaście minut, z zadyszką, przeskakujemy na inne tonacje. Wspomnienia, retrospekcje, kolejne środowiska. Możliwe, że kryły się tu obietnice czegoś ciekawszego. Ostatecznie jest jednak za mało charakteru, a dzisiejsza Supergirl okazuje się nieudaną próbą połączenia melancholijnej kosmicznej baśni z wymaganiami współczesnej franczyzy.
Gatunek: akcja
Reżyseria: Craig Gillespie
Scenariusz: Ana Nogueira
Obsada: Milly Alcock, Matthias Schoenaerts, Eve Ridley, David Krumholtz, Emily Beecham, David Corenswet
Zdjęcia: Rob Hardy
Muzyka: Claudia Sarne

