Wydaje mi się, że Potwór z Czarnej Laguny jest celebrytą z całej universalowej ferajny raczej z drugiego planu. Są wszak pewne (teoretyczne) ograniczenia względem tej figury. Działa w obrębie swojego bajora, generalnie nie wiadomo, o co mu chodzi (blondynki mają z nim łatwiej). To trochę strażnik przyrody, trochę postrach, legenda niczym potwór z Loch Ness.
Po raz pierwszy na wielkim ekranie pojawił się u Jacka Arnolda w filmie z 1954 roku. To obraz niezwykle udany pod wieloma względami: świetne podwodne zdjęcia, projekt niezapomnianego kostiumu autorstwa animatorki Disneya Milicent Patrick, a w środku wykwalifikowany pływak Ricou Browning.
O filmie Arnolda pisałem jeszcze tak:
„Wartka akcja i sporo przebijających przez rozrywkową fabułę ważkich akcentów. To klasyk, jeden z fundamentów nurtu monster movie, po który filmowcy na całym świecie wciąż sięgają, jeżeli chodzi o rozwiązania i pomysły.”
Ram V i Watters biorą klasyka i zamiast go odkurzać, przepuszczają przez filtr traumy i nowoczesnej narracji.
Potwór z Czarnej Laguny nie jest jednocześnie tak mocno eksploatowany jak jego potworna brać ze studia Universal. Wydany w tym cyklu Dracula przez Lost in Time urzekał obrazami, ale również podejściem do tematu. O komiksie wspominałem, że to „solidnie scenariuszowo, z mocnym patentem z figurą wampira jako postacią, która jest, ale zawsze w cieniu i zawsze gotowa do ataku (jak rasowy drapieżnik), i z przepięknym podejściem do epickiej krwawej grozy”. Narzekałem jedynie na format – przy tak niezwykłych ilustracjach rzeczywiście mógł być większy.
Wróćmy do drugiego epizodu z Universal Monsters. Tutaj na format nie będę narzekał. Rysunki Matthew Robertsa nie są oszałamiające w kresce, ale pasują idealnie do tej wielkości albumu. Kolory, za które odpowiadają Dave Stewart i Trish Mulvihill, nałożone solidnie, nie wybijają się ponad standard. Za to scenariusz to świetna i angażująca rzecz – łączy nowe ze starym, legendę z emocjonalnym thrillerem. To opowieść, którą życzyłbym sobie zobaczyć w kinie.
Komiks działa jak thriller o obsesji, w którym potwór jest tylko echem większych demonów.
W albumie będziemy towarzyszyć Kate Marsden, która rusza do Peru tropem seryjnego mordercy. Parszywa historia z USA znajdzie swój finał przy Czarnej Lagunie. Przy „tej” Czarnej Lagunie.
W epoce, gdy popkultura z równą swobodą reinterpretuje klasykę, co podważa jej własne fundamenty, Ram V i Dan Watters dostali do dyspozycji jednego z najbardziej archetypicznych potworów kina. Zamiast jednak odtwarzać legendę, uwspółcześniają ją i dodają potrzebne gatunkowe elementy.
Komiks wyrasta zatem z dwóch tradycji. Pierwsza to oczywiście dziedzictwo Universal Monsters, gdzie potwór był zawsze figurą lęku i pragnienia, projekcją tego, co człowiek wypiera. Druga to współczesna szkoła narracji: gęsta, psychologiczna, oparta na pętlach traumy i bohaterach, którzy nie potrafią odróżnić własnych demonów od tych zewnętrznych.
Ciekawe, że podobnie jak we wcześniejszej Draculi, także i tu potwór nie jest antagonistą ani bohaterem – jest raczej obecnością. Pojawia się na marginesie kadrów, często ledwie widoczny. Tematycznie komiks opowiada głównie o tym, jak trauma deformuje percepcję, zmienia relacje z otoczeniem i wciąga w spiralę obsesji. Dobra historia.
Scenariusz: Ram V, Dan Watters
Kolory: Dave Stewart, Trish Mulvihill
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Redakcja: Izabela Rutkowska
Korekta: Izabela Rutkowska
Skład: Piotr Margol
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost In Time
Format: 170 x 260 mm

