„Anna” i wampir to film, który nie daje się łatwo zaszufladkować. To kryminał unikający suspensu. Z drugiej strony to rekonstrukcja, która nie udaje dokumentu. Przede wszystkim jednak to opowieść o zbrodni, w której twórcy bardziej interesują się ludźmi tropiącymi niż tropionym. Janusz Kidawa nakręcił kino gęste i surowe – takie, które oddycha mgłą Zagłębia i ciężarem śledztwa.
Milicja Obywatelska pod ogromną presją i naciskami próbuje dorwać mordercę nazywanego „wampirem z Zagłębia”. Jedną z ofiar była bratanica Edwarda Gierka, więc presja jest olbrzymia. To lata sześćdziesiąte – sprawca na terenie Zagłębia Dąbrowskiego napada na 21 kobiet (pierwsza ofiara w 1965 roku, ostatnia w 1970 roku). Czternaście z nich umrze.
Paradokument Kidawy zamienia głośną sprawę w studium instytucjonalnej paniki.
W tej sprawie dzisiejsi badacze i osoby zajmujące się tematem mają wciąż wątpliwości, a istnieje wiele przesłanek, że schwytany, skazany i stracony Zdzisław Marchwicki był niewinny. Wówczas Milicja Obywatelska zniszczyła całą rodzinę Marchwickich: wspomnianego Zdzisława, jego brata i siostrę. Pokazowy proces musiał przynieść rezultat – społeczeństwo domagało się efektów. Śledztwo otrzymało kryptonim „Anna”, od imienia pierwszej ofiary.
To dobry film, zdecydowanie inny od klasycznych kryminałów. Kidawa wraca do sprawy „wampira z Zagłębia” dekadę po wydarzeniach i sięga po akta, zdjęcia, protokoły, opinie biegłych. Jako reżyser chce zrozumieć mechanikę śledztwa, nie psychikę mordercy. Rezygnuje z klasycznej dramaturgii, stawiając na obserwację oraz rytm pracy milicji. Wśród funkcjonariuszy panuje chaos, który nie chce ułożyć się w logiczną całość. Jana Kidawę wyraźnie inspiruje forma dokumentalna, ale nie kopiuje jej języka. Odnajduje formę pośrednią: paradokument z elementami stylizacji.
To opowieść o śledztwie, które więcj mówi o systemie niż o zbrodniarz.
To na pewno nie jest gatunkowa rozrywka. Można zarzucić „Annie” i wampirowi to, że jest chłodny i beznamiętny. To prawda, ale to wciąż świadome decyzje. Właśnie dzięki nim dostaliśmy tak istotny zapis PRL‑owskiej codzienności – oczywisty przykład true‑crime sprzed ery true‑crime.
Czytam dziś film Kidawy jako opis państwowej bezradności, ale też zapis wielu ówczesnych śledczych ciekawostek, jak próba wykorzystania komputera do wytypowania podejrzanych. To dobry, niewątpliwie intrygujący film ze świetną rolą Wirgiliusza Grynia jako kapitana Andrzeja Jaksy, szefa grupy dochodzeniowej. Gryń jest tutaj nie tylko zaangażowanym (i rzeczywiście bezradnym) milicjantem, ale też narratorem – suchym głosem z offu, który wyjaśnia sytuację i prowadzi nas przez kolejne etapy śledztwa.
Nie jest to kino trzymające w napięciu. Jest chropawe, ale powinno być zauważone za konsekwencję formalną i odwagę w podejściu do materiału. Gęste i pozbawione iluzji – możliwe, że jeden z najuczciwszych polskich filmów o zbrodni.
Gatunek: dramat, kryminał
Reżyseria: Janusz Kidawa
Scenariusz: Janusz Kidawa, Tadeusz Wielgolawski
Obsada: Wirgiliusz Gryń, Mirosław Krawczyk, Leon Niemczyk, Jerzy Trela
Muzyka: Henryk Kuźniak
Zdjęcia: Henryk Janas

