Radykalne posunięcia zostały zastosowane przy okazji produkcji Iron Lung. To taki środkowy palec w kierunku wielkich filmowych wytwórni, bo Mark Fischbach decyduje się ominąć przemysł, sfinansować film samodzielnie, pracować poza studiem i poza systemem dystrybucji. Realizacja jest szybka, surowa, oparta na współpracy z Davidem Szymańskim – twórcą gry, który od początku uczestniczy w procesie. Sama gra to totalnie niezależna produkcja, bardzo siermiężna nawet przy krótkim kontakcie.
Tak, okazuje się że można to zrobić. Mark Edward Fischbach, posługujący się pseudonimem Markiplier, napisał scenariusz, wyreżyserował, zmontował i zagrał główną rolę w filmie Iron Lung.
To obraz trudny w odbiorze, ale rzeczywiście od początku do końca bezkompromisowy. Zacznijmy jednak od krótkiego zarysu fabularnego, bo ten cały pomysł na historię jest rzeczywiście dojmujący.
Iron Lung, horror z krwi i żelaza. Bezlitosna klaustrofobia.
W świecie po nagłym zgaśnięciu wszystkich gwiazd pilot skazany na misję w prymitywnej, nieszczelnej łodzi podwodnej zostaje wysłany na dno oceanu z krwi, by wykonać serię zdjęć, które mają potwierdzić istnienie czegoś, co nie powinno tam być; odcięty od świata, uwięziony w metalowej puszce, walczy z narastającą klaustrofobią, zawodzącą aparaturą i własnym strachem, a każdy kolejny obraz ujawnia, że misja nie jest badaniem, lecz wyrokiem.
W tej atmosferze będziemy trwać do końca – w gnoju i znoju, w zespawanej kapsule z jednym człowiekiem, który, tak jak ta konstrukcja, będzie powoli się rozpadać. Dosłownie. Niepewność, osaczenie, paranoja, tajemnice i kłamstwa.
Teatr jednego rozkładu.
To wymagający seans, atakuje wiele zmysłów, nie oferuje nic przyjemnego ani prostego. Szanuję od początku do końca, bo to również kino gatunkowe, którego dzisiaj próżno szukać. Horror, ambitne sci‑fi, teatr jednego aktora (świetnie spisał się w swojej roli twórca).
O czym de facto jest Iron Lung? Tutaj może pojawić się szereg interpretacji, włącznie z tą, że to opowieść o oczyszczeniu, o uwolnieniu własnej duszy. Stylistycznie i językowo pasuje mi trochę do prozy Petera Wattsa, a filmowo jest na pewno daleko od tego, co oferuje widzom na przykład studio A24. Jest zbyt klaustrofobiczny, zbyt ascetyczny, zbyt niechętny wobec narracyjnej wygody. Jest brudny, nieprzyjemny, mocno ziarnisty i chropawy – tak w obrazie, jak i w przesłaniach.
Tematycznie film dotyka samotności, winy i iluzji kontroli. Ocean krwi nie jest metaforą a przede wszystkim faktem, który nie daje się zracjonalizować. Simon nie walczy z potworem – wchodzi na ring z przestrzenią, która nie chce go przyjąć. To też trochę film o człowieku, który nie jest w stanie zaakceptować tego, że to nie ekspedycja, a egzekucja.
Krótko, gęsto, bez pocieszenia.
Czas trwania: 125 min
Gatunek: horror, sci-fi
Reżyseria: Mark „Markiplier” Fischbach
Scenariusz: Mark „Markiplier” Fischbach
Obsada: Mark „Markiplier” Fischbach, Caroline Kaplan
Muzyka: Andrew Hulshult
Zdjęcia: Philip Roy

