Strzeż się

Urodzony w 1982 roku Mike P. Nelson, twórca kina grozy, działa w branży od początku lat dwutysięcznych. Już wtedy nakręcił krótkometrażowy, trwający zaledwie pięć minut film The G.I. Na pełnometrażowy debiut musiał jednak poczekać do 2018 roku. I był to debiut udany. Zwykli obywatele, utrzymani w postapokaliptycznej tonacji, z lekkim grindhouse’owym oddechem na karku, wiele mówili o Nelsonie jako filmowcu.

Wprawdzie nie widziałem jego dwóch kolejnych produkcji, czyli Droga bez powrotu. Geneza i Cicha noc, śmierci noc, jednak niezłe oceny pozwalają stwierdzić, że jako twórca horroru ugruntował swoją pozycję. Teraz przyszedł czas na Strzeż się, choć przyznam, że znacznie lepiej brzmi oryginalny tytuł – Beware Boiúna.

Czerpiąc pełnymi garściami z brazylijskiego folkloru, film mógł okazać się dla reżysera dziełem przełomowym. W istocie znalazło się tu sporo materiału, który wydaje się klasycznym samograjem, począwszy od samego krajobrazu. Zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z kinem spod znaku animal attack, a u podstaw historii leży legenda o mitycznym wielkim wężu, miłośnicy tego nurtu mogli oblizywać się ze smakiem. Wszak tytułowa Boiúna, czyli Cobra Grande, ma zamieszkiwać dorzecze Amazonki i siać postrach wśród okolicznej ludności. Niezaspokojony apetyt, niewyczerpana siła i cechy niemal nadnaturalne – brzmi to naprawdę obiecująco.

Strzeż sięWąż jest duży. Problem w tym, że napięcie pozostaje zaskakująco małe.

Mike P. Nelson długo jednak kazał mi czekać, bym mógł zweryfikować część pozytywnych opinii. Całą godzinę przeczekałem, zanim wreszcie przekonałem się o możliwościach Boiúny, zarówno jako potwora, jak i samego filmu.

Jestem rozczarowany, bo poza kilkoma wyjątkowo udanymi elementami, w tym samą Boiúną, trudno mi ten obraz polecić. Dodatkowo dostałem coś, czego się nie spodziewałem. Może powinienem uważniej śledzić przedpremierowe doniesienia? Otóż po pierwszej godzinie Strzeż się dość zgrabnie prześlizguje się z gatunku animal attack w stronę monster movie. Cobra Grande jest tutaj rzeczywiście grande, ale za imponującymi gabarytami nie idzie ani odpowiednia wściekłość, ani brutalność. Nie idzie też sprawność reżysera w prowadzeniu warstwy dramatycznej.

Boiúna budzi respekt, scenariusz niestety już nie.

Sam krajobraz i wykorzystanie folkloru nie są w stanie dostarczyć emocji potrzebnych kinu grozy. Te powinny płynąć przede wszystkim od bohaterów. Tutaj jednak trudno było mi kogokolwiek polubić. Postacie zostały naszkicowane powierzchownie, a ich motywacje wypadają jeszcze słabiej. Trudno im kibicować, ponieważ całą konstrukcję oparto na wydarzeniach, nad którymi nie sposób przejść do porządku dziennego. Mamy bowiem stanąć murem za dziewczyną, która wdaje się w incydent, a później ucieka, choć odpowiedzialność nie leży wyłącznie po stronie jej przeciwników.

Strzeż się

Później nie robi się lepiej. Reżyser dość nieporadnie prowadzi emocjonalny szantaż, najwyraźniej przekonany, że wystarczająco jasno wskazał strony konfliktu. Piszę wyłącznie o wątku dramatycznym, który powinien napędzać fabułę. Zasady kina animal attack, a nawet monster movie, Mike P. Nelson ma teoretycznie opanowane. Teoretycznie, ponieważ po tej pierwszej godzinie dostajemy wreszcie widowisko, ale raczej z końca listy przebojów.

Boiúna robi wrażenie, gdy sunie przez ekran, ale jednocześnie jest zaskakująco słabo sfotografowana. Pozostaje mitycznym przeciwnikiem, jednak nie sieje takiego spustoszenia, jakiego można by oczekiwać. W gruncie rzeczy nie ma też godnych przeciwników. Ludzie mogą jedynie uciekać. Walka praktycznie nie istnieje.

Cieszę się natomiast, że nie ma tu miejsca na ironiczne żarty. Boiúna jest traktowana całkowicie serio, a przez większość seansu utrzymuje się atmosfera fizycznego zagrożenia. To nie jest nowa Anakonda ani nowy klasyk kina potworów. Raczej średni, choć momentami interesujący przedstawiciel podgatunku, który pozostawia po sobie więcej pojedynczych obrazów niż naprawdę silnych emocji.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 104 min
Gatunek: horror
Reżyseria: Mike P. Nelson
Scenariusz: Alan B. McElroy
Obsada: Kiana Madeira, Jessica Rothe, Logan Marshall-Green
Zdjęcia: Nick Junkersfeld
Muzyka: Stephen Lukach