PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Jason Bourne (2016)

Recenzja filmu "Jason Bourne" (2016), reż. Paul Greengrass Jason Bourne (Matt Damon) znowu coś sobie przypomina. I szczerze powiedziawszy to jest w tym stanie co najmniej osamotniony, ponieważ ja nic a nic nie mogę sobie przypomnieć z poprzednich części (chociaż widziałem wszystkie). Tym razem impulsem do działania staje się agentka Nicky Parsons (Julia Stiles), która postanawia Bourne’a odnaleźć i zasiać w nim ziarno niepewności. Rzuci mu w twarz informację o tajnych programach, ojcu, tożsamości, patriotyzmie, a Bourne po raz kolejny zacznie grzebać, dociekać i dociskać.

Paul Greengrass, twórca dwóch poprzednich części przygód agenta – Krucjata Bourne’a (2004) i Ultimatum Bourne’a (2007) powraca do korzeni, czyli opowieści szpiegowskiej, jednak z wychodzącą na pierwszy plan akcją. Trzymając się podstaw pierwowzoru, czyli powieści Roberta Ludluma, Greengrass kreśli na ekranie postać agenta niepewnego i ciągle zagubionego. W swoich działaniach jest oczywiście do bólu stanowczy i perfekcyjny, jednak cała otoczka genezy jego istnienia i „programu” dała nam bohatera pełnego rozterek.

Recenzja filmu "Jason Bourne" (2016), reż. Paul Greengrass

Twórca osadził fabułę ściśle warunkując ją wydarzeniami geopolitycznymi i tak na przykład pierwsze sceny to zamieszki w Atenach i rozgrywająca się na tym tle potyczka Bourne’a vs agent Asset. Zwiększa to wrażenie prawdopodobieństwa, chociaż to przecież czysta fikcja. Posługując się taką oprawą i taką scenerią jesteśmy z bohaterami częścią historii. Widzieliśmy to przecież na ekranach telewizorów, a teraz jesteśmy w środku. Zresztą samo przebywanie w sercu akcji z pewnością podzieli odbiorców filmu. Greengrass idąc poniekąd śladami Michaela Manna i jego Blackhat (2015) hołubi technice cyfrowej. Realizacyjnie zaś przez większość seansu jesteśmy oddaleni o kilka metrów od potyczki, szamoczemy się z bohaterami w walce, wsiadamy z nimi na motor etc. Reżyser zrezygnował więc z długich ujęć i dalekiego planu i postawił wszystko na tempo podyktowane szybkim montażem i bliskimi kadrami. Dla widza, dla którego filmy akcji to raczej rzadkość i liczy na poważną szpiegowską rozgrywkę, seans może być męczący. Tempo jest tu bowiem najważniejsze i nawet podróż pomiędzy kilkoma kontynentami to kwestia jednego cięcia i ponownie wkraczamy w wir wydarzeń biegnąc co tchu po kolejne odpowiedzi.

Recenzja filmu "Jason Bourne" (2016), reż. Paul Greengrass

Poza czystą, płynącą z kadrów filmową adrenaliną mamy tu również rozgrywki personalne na najwyższych szczeblach agencji wywiadowczych i chybione definicje oddania dla ojczyzny. Znalazło się również miejsce dla ochrony prywatności, która w pełni będzie rozwinięta w filmie Snowden.

Recenzja filmu "Jason Bourne" (2016), reż. Paul Greengrass

Matt Damon to w tej roli fachura i jego Bourne to ten sam agent co kiedyś. Ciekawa jest postać wspomnianego Asseta (Vincent Cassel), który ściga Jasona po całym świecie stawiając często prywatę ponad rozkazy. Jednak wisienką na torcie jest dyrektor CIA Robert Dewey (Tommy Lee Jones) – cyniczny, rozgrywający wszystko za kulisami władzy. Czarny charakter, który posiada władzę absolutną i korzysta z niej do woli. Miejscami jest to przerażające (szczególnie pomysły na zamachy i plan uwikłania w to osób postronnych. W tym sposób odnoszący się do aktualnych konfliktów, bo przecież i tak są na celowniku, więc co to za różnica). Takie rozgrywki i mnogość wojennych zarzewi na międzynarodowej arenie pomagają tylko „ukręcić łeb” kolejnej sprawie.

Jason Bourne to szybki hi-tech thriller. Bez przystanków, bez przerwy na papierosa, bez ustanku w biegu.

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema City

7/10 - dobry

Czas trwania: 123 min
Gatunek: Akcja
Reżyseria: Paul Greengrass
Scenariusz: Paul Greengrass, Christopher Rouse, Robert Ludlum (pierwowzór postaci)
Obsada: Matt Damon, Tommy Lee Jones, Alicia Vikander, Vincent Cassel, Julia Stiles, Riz Ahmed
Zdjęcia: Barry Ackroyd
Muzyka: David Buckley, John Powell

  • kAMSON89 .

    Ja za to pamiętam wszystkie części doskonale, a szczególnie ile radości przyniosły mi dwie ostatnie. Pierwsza jest najsłabsza, ale pewnie tylko dlatego, że nie reżyserował jej Paul Greengrass. Od 10 lat śledzę jego karierę bardzo uważnie, czyli od momentu kiedy zobaczyłem doskonały „Lot 93”. Nadal pojąć nie mogę jak nie podobał mi się „Green zone”, skoro cała reszta nie schodzi poniżej pewnego bardzo wysokiego poziomu.
    Pewnie niedługo wybiorę się do kina, nie dla Matta Damona, nie dla Ludluma, nie dla całej serii, a dla reżysera, któremu wierzę, że zrobił ponownie coś, co spodoba się moim oczom 🙂 Pozdrawiam

    • Igor

      pierwsze 3 dobre, czwarta to nieporozumienie. chyba nie oglądałeś

    • No nieee wiem. Greengras to dla mnie po prostu fachura, bez określonego stylu. Dopiero właśnie przy najnowszym „Jason Bourne” style ten może być mocno zarysowany poprzez ultra szybki montaż i ujęcia na dużym zoomie. Musiałbym sobie przypomnieć jego „Krwawą niedzielę” (2002), chyba najlepszy film w dorobku reżysera. Oczywiście cenię Kapitana Phillipsa, ale tu też reżyser tylko zręcznie zrealizował temat, a sukces tkwił raczej w odtwórcy głównej roli.

      • Daniel Muszyński

        „Dopiero właśnie przy najnowszym „Jason Bourne” style ten może być mocno zarysowany poprzez ultra szybki montaż i ujęcia na dużym zoomie.”

        We wcześniejszej Bourne’ach Greengrassa sceny akcji właśnie opierały się na szybkim montażu i ciasnym kadrze.

        https://youtu.be/NzfSLgWkTlY

        https://youtu.be/jyZU7lfGjyk

        https://youtu.be/uLt7lXDCHQ0

        https://youtu.be/lnYzb6P_1Wg

        • W ogóle nie pamiętam tej sceny. Tak czy siak, teraz jest jeszcze szybszy montaż i jeszcze ciaśniejszy kadr. Jest tak ciasno, że są fragmenty gdy na ekranie widać tylko wielkie zbliżenie na część twarzy, która wypełnia całą, całą kinową panoramę.

  • Pingback: Jason Bourne - wydanie Blu-ray - Po napisach | z pasją o filmach()