Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Without Remorse (2021)

Wspaniale się odnalazł na amerykańskiej ziemi Stefano Sollima. Znalazł dla siebie miejsce w filmowym segmencie, które niegdyś zwykło się określać mianem “męskiego kina akcji”. I tak po niezwykle udanym moim zdaniem Sicario 2: Soldado, dwóch odcinkach serialu Zero Zero Zero (jedno z lepszych telewizyjnych zaskoczeń) dostajemy całkiem niezły Without Remorse (Bez skrupułów). Jednak ten sam Bez skrupułów ma tyleż samo zalet co wad zaczynając od najważniejszej, czyli próby podpięcia scenariusza (w którym palce maczał między innymi Taylor Sheridan) pod prozę Toma Clancy’ego.
Cóż, fani przygód Johna Kelly’ego i powieści, której pierwsze wydanie ukazało się w 1993 roku powinni być co najmniej rozsierdzeni. Sam bowiem zachodzę w głowę, po co to Sollimie było potrzebne. Przecież na posiłkowanie się słowem “ekranizacja” w tym przypadku nikt się nie nabierze. Tam, u Clancy’ego był Wietnam, narkotyki, prostytutki, trauma i zemsta. Tu jest Aleppo, również zemsta, ale głównie brudna gra szpiegów i tych, którzy igrają z ogniem, by świat kręcił się wokół ich brudnych motywów. Punktem stycznym jest przede wszystkim imię bohatera, jego zawód oraz umiejętności. Owszem, w filmie Sollimy i na kartach powieści bohater mści się, ale już sama zemsta u podstaw ma zupełnie inne motywy. Film Sollimy nie potrzebował więc prozy Clancy’ego, by jakoś sobie poradzić, chociaż z drugiej strony, jako że nie prezentuje najwyższego poziomu (nawet w gruncie rzeczy dobrego, bo to “tylko” przyzwoity film z kilkoma niezłymi scenami), być może producenci chcieli zdobyć więcej widzów, którzy zerknął na tytuł choćby przez ciekawość.
Szkoda, bo oryginalna powieść miała w sobie olbrzymi potencjał i wcale nie wymagała dużo większych nakładów, a i Sollima z pewnością mógł wykrzesać z niej więcej. Co więc dostajemy w jego obrazie? Historię żołnierza, który wraca z nie do końca udanej misji w Aleppo. Już na miejscu, w Stanach Zjednoczonych zaczynają ginąć członkowie ekipy, ale rzecz jasna z Johnem tak łatwo się nie udaje. John wkracza na drogę zemsty i robi to bez skrupułów. Podobały mi się sceny akcji, bo Sollima już w Sicario 2: Soldado udowodnił, że potrafi realizować sekwencje oparte na długiej wymianie ognia. Tutaj doszło kilka momentów, w których odtwórca głównej roli, Michael B. Jordan, mógł wykazać się swoją fizyczną tężyzną. Mamy więc kilka bójek gwałtownych i nawet brutalnych, nieźle opracowaną choreografię z walką w ciasnych pomieszczeniach. Brakuje tu trochę serca dla całej opowieści, ale podoba mi się (chociaż to trochę nieodpowiednie słowa, zważywszy na fakt, że to całkiem ponure przesłanie) wymowa tego obrazu. Otóż Sollima (a w zasadzie scenarzyści) wykreowali świat bardzo zimny i wyrachowany, w którym kilka organizacji (tu tkwi potencjał na całą serię) dyktuje warunki i kreuje zbrojne, światowe konflikty. Wszystko dzieję się w imię napędzania ogólnoświatowej ekonomii, a nie dobra ludzkiego. Fabuła, wydarzenia z tła, ale głównie postawa głównego bohatera nie różni się więc tak bardzo od schematów, które możemy rozpoznać u innych samotnych agentów pokroju Bourne’a, Jamesa Bonda, którzy w pojedynkę, w cieniu, muszą przeciwstawić się złu, żebyśmy my oglądający telewizję i chodząc na zakupy, mogli wieczorem spokojnie zasnąć we własnych łóżkach.
To niezły film, któremu nie było potrzebne znane nazwisko pisarza. Jednak, by być uczciwym, oznacza to jednocześnie, że Stefano Sollima, pomimo wspomnianego Sicario 2: Soldado nie ma jeszcze tak ugruntowanej pozycji i osoby z nim związane (producenci, menedżerowie) są zmuszeni robić bardzo dużo, by zdobyć budżet i rozkręcić reklamową kampanię. A na horyzoncie majaczy Colt, do którego Stefano Sollima się przymierza, a którego koncept oparty jest na oryginalnym pomyśle Sergio Leone…
Patryk Karwowski

Czas trwania: 109 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Stefano Sollima
Scenariusz: Taylor Sheridan, Will Staples, Tom Clancy (na podstawie powieści)
Obsada: Michael B. Jordan, Jodie Turner-Smith, Jamie Bell, Guy Pearce, Lauren London, Jacob Scipio
Zdjęcia: Philippe Rousselot
Muzyka: Jon Thor Birgisson
PODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?