Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Bullit (1968)

Jeżeli Bullit to kawa, to jest tak gęsta, że po przechyleniu filiżanki nie jest w stanie ot tak się wylać. Zastanawia mnie przy okazji to, że ta esencjonalna neo-noir opowieść nie zbiera tylko najwyższych ocen. Brytyjski reżyser Peter Yates w swoim pierwszym amerykańskim filmie zaprezentował się jako solidny twórca, który z żelazną konsekwencją poprowadził historię w jednym tonie do końca. To historia nerwowa i napięta, z palcem w pół drogi do naciśnięcia spustu, szybka, o niespokojnych duchach, zbrodni, mafijnej organizacji, nieugiętym gliniarzu, policyjnej robocie, przy której nie ma czasu na zgrywę, bo konsekwencją odpuszczenia jest tylko śmierć.

Scenariusz napisany przez Alana R. Trustmana i Harry’ego Kleinera bazował na powieści Mute Witness napisanej przez Roberta L. Fisha, która została wydana w 1963 roku. W centrum zawsze jest tu on, gliniarz z misją. Sprawa natomiast dotyczy świadka, którego główny bohater filmu, Frank Bullit (Steve McQueen) ma chronić. Ten sam świadek to ważny element w nadchodzącym procesie mafii. O jego miejscu pobytu natomiast wie tylko garstka osób z policji. Informacja wpada w ręce wynajętych zbirów, którzy szturmują dziuplę. Informator ginie, a do gry wchodzi Bullit.

Magnetyzm Steve’a McQueena w Bullit jest niemalże zatrważający. Gdy idzie, patrzy, oszczędnie dobiera słowa, widz ma wciąż przekonanie o tym, że jako stróż prawa jest w stanie wyjść z każdej opresji. Jako filmowy bohater sierżant Frank Bullit przypomina jedną z późniejszych męskich postaci tak namiętnie konstruowanych przez Michaela Manna (a finał w Gorączce na lotniskowych płytach u Manna to jak nic oddanie przez niego hołdu klasycznemu już nawet wtedy Bullitowi). Ale ten sam Bullit to także charakter, spokój i opanowanie. Jako policjant jest niezłomny, niekoniecznie bezkompromisowy, ale uczciwy i traktujący swoją pracę z oddaniem. W zasadzie nie ma prywatnego życia jako takiego, obiadu w domu i niedzieli spędzonej z ukochaną na kanapie. Bullit to policjant w dzień i w nocy. Jeżeli ma sprawę, to do domu przyjeżdża tylko się przebrać i ewentualnie zjeść coś na szybko. Dla Bullita najważniejszy jest efekt w postaci zakutego w kajdanki przestępcy. Za nic ma sobie układy i szybkie wspinanie się po szczeblach kariery, dlatego nie cierpi ludzi pokroju wpływowego senatora Waltera Chalmersa (Robert Vaughn), który chciałby wykorzystać sprawę do prywatnych interesów.

Bullit wspomina się dzisiaj głównie przez pryzmat trwającego 10 minut (10 minut i 53 sekundy według Wikipedii) pościgu. To prawda, że scena ta była w kinie przełomowa, nakręcona z niebywałą precyzją i jeżeli używa się już terminu “trzyma na krawędzi fotela” to najlepiej w kontekście takich sekwencji. Jednak ten sam wycyzelowany w najdrobniejszych szczegółach pościg (montaż, dźwięk, praca kamery) nie jest w stanie, moim zdaniem, przyćmić reszty filmu. Znamienne jest to, że Peter Yates wcale nie przygotowuje szczególnie widza na ten pościg, bo samochód jako taki wcale nie jest najważniejszym bohaterem filmu. Nie ma tu fetyszyzacji aut, a autor zdjęć, William A. Fraker, nie poświęca im do czasu tej słynnej sceny uwagi. Samochód to narzędzie i tak jak pistolet służy tutaj do powstrzymania złoczyńców. Dla mnie Bullit jest dzisiaj wyjątkowy, bo gdy weźmie się pod uwagę datę premiery, czyli 1968 rok z góry można by błędnie założyć, że film być może się zestarzał (właśnie przez wspomniany pościg czy kilka innych scen akcji). Nie, Bullit się nie zestarzał i raz, że ogląda się go z takim samym napięciem jak 60 lat temu, dwa, że odnosząc się już do samej realizacji to wciąż czołówka kina.

To nie tylko kino, które zwykło się nazywać po prostu “sensacyjnym”, ale policyjny dramat angażujący od pierwszych minut. To, co mnie dzisiaj mocno uderzyło to pewien obyczajowy (naturalny, to ważne, ale i swobodny oraz bezpretensjonalny) rys San Francisco (miejsce wydarzeń), przy którym generalnie powinienem przejść do porządku dziennego i nawet o tym nie wspominać. San Francisco, miejsce kolorowe, wyzwolone, wolne i postępowe jawi się tutaj jako kulturowy tygiel, wielorasowe, ale też miejsce równych szans, gdzie na przykład kobieta piastuje funkcję ordynatora dużego szpitala (w zastępstwie koleżanki). Bullit więc, dzieło ponadczasowe, doskonale nakręcone, to prawdopodobnie najlepszy przykład utworu, który nie ma szans się zestarzeć, a w odpowiednich warunkach (po rekonstrukcji) wygląda wciąż świeżo. Nie zmieniła się przecież zbrodnia, język, auta nie jeżdżą szybciej, kule robią takie samo zniszczenie przy napotkaniu wątłych ludzkich ciał (mocna scena egzekucji). Małomówny Frank Bullit mógłby z powodzeniem i dzisiaj odnaleźć się w kinie, bo ze swoim szorstkim obyciem pasuje jak ulał do czasów nam współczesnych. Przede wszystkim jednak ma styl.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 114 min
Gatunek: neo-nor, sensacyjny
Reżyseria: Peter Yates
Scenariusz: Alan Trustman, Harry Kleiner, Robert L. Fish (powieść)
Obsada: Steve McQueen, Robert Vaughn, Jacqueline Bisset, Don Gordon, Robert Duvall
Zdjęcia: William A. Fraker
Muzyka: Lalo Schifrin

PODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?