PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Gra Endera (2013)

Gra Endera w reżyserii Gavina Hooda to wielki sukces. Jednak nie filmu, bo już na wstępie napiszę, że był średni. Film okazał się sukcesem dla Orsona Scott Carda. Czyż nie jest to wielkie szczęście dla pisarza, gdy po 28 latach drukarnie wypuszczają powieść do druku raz jeszcze? A rzesze czytelników wykupują tytuł, by przekonać się jak bardzo film różni się od książki? Pisarz, który w 1986 roku odebrał nagrodę Hugo za Grę Endera miał wielką wizję. Stworzył przejmujący obraz odległej przyszłości, gdzie żołnierzami są dzieci decydujące o istnieniach tysięcy biorących udział w walce. Prowadząc swoistą „grę” w wirtualnej przestrzeni są zdolni jednym ruchem ręki poprowadzić statek z załogą na śmierć lub uratować z opresji. Dlaczego dzieci? Bo mają zdecydowanie lepszy refleks niż dorośli, mają „jeszcze” czyste i wciąż „plastyczne” umysły.

Powieść czytałem 20 lat temu, czyli na tyle dawno, że oprócz głównego rysu fabuły, paru wydarzeń i finału pamiętałem mało. Pamiętałem za to doskonale, że była na tyle świetna, że pochłonąłem ją „na raz”. Filmowa ekranizacja nie zaprzątała jednak mojej uwagi na tyle, by jak niektórzy fani s-f czytać doniesienia z planu, łapać się za głowę po wyborze odtwórców głównych ról, czy generalnie krytykować przed obejrzeniem. Żeby produkcja mogła się nazywać ekranizacją, musi być zachowana główna oś fabuły. I tak jest. Ludzkość, przed którą stoi widmo zagłady ze strony obcych szkoli nowy typ żołnierza. Dziecko, dowódza, maszyna do zabijania, który swoimi decyzjami uchroni nasz gatunek. W tym przypadku, Ender. Wybitnie uzdolniony i szkolony w jednym celu – by być przygotowanym do ostatecznej bitwy z drapieżcą. Obserwowany jest już na wczesnym poziomie edukacji – w szkole kadetów. Pod czujnym okiem pułkownika Hyrum Graffa i major Gwen Anderson, Ender przechodzi w ekspresowym tempie kolejne próby. W końcu dostaje się do elity i przystępuje do ostatecznego treningu. Wiedziałem od początku, że powieść nie będzie najłatwiejsza do przełożenia na język filmowy. To co decydowało o niebywałej sile książki, w kinie ten aspekt okazuje się najsłabszym ogniwem. Psychika i wybory moralne. Jasne, że na kartach wielostronicowego dzieła łatwiej opisać to co drzemie w osobie małego chłopca, który stoi przed decyzją o anihilacji całego gatunku. Łatwiej też w słowie pisanym zobrazować kształtującą się psychikę i kręgosłup moralny dojrzewającego dziecka. Orson Scott Card pokazywał nie tylko Endera, ale też jego rodzeństwo, które miało ogromy wpływ na bohatera książki. Brat, ten zły, aspołeczny, psychopatyczny i siostra, ta która potrafiła rozwiać wątpliwości i uspokoić Endera. W tej kwestii Gavin Hood poległ zupełnie. Wszystko było pokazane zdawkowo, wręcz napoczęte. Tak jakbyśmy jako widz dostali do zjedzenia soczyste jabłko, po czym po pierwszym kęsie byłoby nam wyrwane. Przecież jest więcej! Dajcie mi jeszcze!
end2
Tak jest w zasadzie z całym filmem. Jabłko, owszem smakuje, jest śliczne, słodkie. Ale dlaczego nie możemy zjeść całego? Odpowiedź jest szalenie prosta. To film, kino, rozrywka. To kwestia wyborów, ograniczeń budżetowych i chęć zysku. To przede wszystkim ponad 300 stron powieści, których nijak nie da się zamknąć w dwóch godzinach filmu. Ten problem występuje ZAWSZE przy ekranizacjach i zawsze jest kwestią sporną pomiędzy fanami a reżyserem. Reżyserowi udało się przemycić do filmu absolutne minimum z książki. Chwała mu chociaż i za to. Najmocniejszą stroną filmowego Endera jest sam Ender. Tak jak go zapamiętałem z powieści. Cichy, spokojny, z niepokojem wypisanym na twarzy. Asa Butterfield debiut ma już dawno za sobą. Tą rolą tylko udowadnia, że wybór filmowej ścieżki kariery był doskonałym pomysłem. Zresztą u boku Harrisona Forda, jednego z filarów amerykańskiej kinematografii, mógł czuć się spokojnie. Ford jak zwykle wypada świetnie. Podejrzewam, że cała dziecięca ekipa (bardzo dobrze przeprowadzony casting), czuła jego pewność i doświadczenie.
end4
Pierwszą rzeczą, którą kojarzymy ze sci-fi, jako gatunkiem filmowym, są efekty specjalne. To kolejna trudna sprawa przy próbie przełożeniu tej powieści na ekran. Obok wizji powieściopisarza, jest wizja reżysera. To dwie zupełnie odmienne kwestie. Powieść jest napędzana wyobraźnią czytelnika i to my w naszej głowie, każdy z osobna widzi kosmiczne bitwy po swojemu. Tak samo jak reżyser. Jego przekład batalii na krańcach wszechświata ogląda się miło i przyjemnie, ale bez nerwów. Ot, kolejny poprawny pokaz cgi. Treningi młodych adeptów są również poprawnie nakręcone. Chociaż czasami miałem wrażenie, że aktorzy wyglądają jakby byli ulepieni z modeliny. Rzucił mi się natomiast zastosowany z przesadą efekt „blur” w paru ujęciach na zewnątrz, przy architekturze budynków i okolic. Całość oceniam średnio, jednocześnie usprawiedliwiając reżysera i to, że nie dał ciała na całej linii. Polecam jako rozrywkę na raz, odsyłając koniecznie do zapoznania się z powieścią.

(a na recenzję książki zapraszam tutaj)

5/10 - średni

Czas trwania: 114 min
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Reżyseria: Gavin Hood
Scenariusz: Gavin Hood
Obsada: Asa Butterfield, Harrison Ford, Ben Kingsley

Zdjęcia: Donald McAlpine
Muzyka: Steve Jablonsky

  • Ja książki nie czytałam, ale po obejrzeniu filmu miałam jednoznaczne wrażenie: akcja pędzi, pędzi tak, że ledwo poznajemy Endera, a ten zaraz dostaje się do najlepszej drużyny? Nie pokazano jakoś specjalnie jego umiejętności, ewidentnie jest to spłycona filmowa historia. W tym przypadku bardzo było widać, że jest to ekranizacja.

  • Powieści Carda nie czytałem, więc nie mogę się do niej odnieść. Film sam wypada przeciętnie. Ma w sobie pewien potencjał, jednak wszystko dzieje się tak szybko. Dla mnie za szybko. Ledwie usiadłem przed telewizorem, a już był koniec, mimo że film trwa prawie dwie godziny. Dałem taką samą ocenę, lecz zastanawiam się czy to nie za dużo.
    Pozdrawiam.

  • wasiu

    Książkę czytałem. Film wg mnie potrzebował jeszcze jakiś 30-40 min bo za szybko szedł do przodu. Fakt że czytałem pozwolił mi wypełnić luki. Wyszedł nawet nieźle, a bałem się że będzie o wiele gorzej. Na sequel nie ma raczej co liczyć bo ciężko by było przenieść "Mówcę Umarłych".

  • X czasu temu kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Grą Endera przyznam, że była to lektura bardzo emocjonalna. Nakładało się na siebie kilka elementów: militarystyczne wychowanie i żołnierskie podejście do dzieci; antybohater, który dopiero potem odkrywa w sobie heroizm; sposób myślenia bohatera, który wtedy wydawał mi się okropny i niewybaczalny.

    Wszystko to w filmie umknęło. Oglądając ekranizacje żaden z tych elementów ponownie do mnie nie przemówił. Początek książki kiedy miałem naście lat przypominał mi początek Full Metal Jacket (troszkę to przesadzone, choć po latach dowiedziałem się, że autor wzorował się na podobnej stylistyce) tutaj to bardziej "szkoła wojskowa".
    Problem militaryzacji dzieci został skrajnie pominięty – oczywiście widzimy dzieciaki prowadzące taktyczne rozgrywki i podlegające militarnemu reżimowi, jednak bez odwołania się do ogółu nie jesteśmy w stanie dostrzec różnicy. W książce świat przestawiony wyglądał inaczej – mieliśmy odniesienie, mieliśmy inną rzeczywistość, której bohater doświadczał przez inne osoby – to jeszcze bardziej unaoczniało jego szczególną pozycję.

    Najgorszą jest chyba jednak próba "usympatycznienia" Endera… z książki pamiętałem go jako postać kontrowersyjną. Zimnego, kalkulującego, przebiegłego, wypranego z emocji chłopaka, który może nie "po trupach", ale zmierza do bliżej nieokreślonego celu. Pamiętam, że była to jedna pierwszych tego typu postaci w moim życiu… może dlatego troszkę wyolbrzymiam tą stronę jego osobowości. Tak czy inaczej jednak w filmie zmuszeni jesteśmy do sympatyzowania z Enderem. Nie jestem pewien czy to właściwa droga, przez ten zabieg końcówka nie jest tak uderzająca i nie widzimy tej ogromnej zmiany w postawie bohatera.

    To co do ekranizacji. Jeżeli jednak przyjrzeć się tej produkcji jako filmowi dla dzieciaków po prostu… to wydaje mi się, że to kawałek niezłej roboty. Film jest zdecydowanie bardziej przystępny niż książka, jest też chyba bardziej wychowawczy, lub też elementy wychowawcze są bardziej uwidocznione.

    Mam też jedno zastrzeżenie do powyższej recki. Ford.
    Powiedzmy sobie szczerze to nie była jego najlepsza rola, w większości scen zachowywał się tak jakby chciał iść spać. Całą swoją osobą wydawał się kompletnie nieobecny, lekko zażenowany, a przede wszystkim znudzony. Nie jest to tylko problem wieku, czy postaci którą przyszło mu grać… wydaje mi się, że Ford po prostu nie był zbyt mocno zainteresowany tym filmem i tą rolą.

  • Nie ma co liczyć, ale raczej dlatego, że film się nie zwrócił.
    Koszty produkcji world-wide jakoś dały radę, ale marketing z całą pewnością został bez pokrycia.

    Film finansowo kompletnie się nie udał.

  • Cieszę się że tylko jedno zastrzeżenie 🙂 To zdecydowanie nie była jego najlepsza rola. Owszem miał coś z żółwia. Jednak według mnie roztaczał przez to jakąś aurę … spokoju. Napisałem że wypadł świetnie. Może to przez to że to Ford, może to przez aktorów jego generacji, może to tęsknota za kimś starszym na planie 🙂 Wypadł według mnie świetnie, i zagrał dobrą role mentora/opiekuna. (chociaż nie pamiętam z książki jaki był naprawdę)

  • Wg mnie film był całkiem ok, nie jakaś rewelacja, ale nawet nie głupio zrobiony. No, parę rzeczy irytowało czy śmieszyło, ale dało się obejrzeć. Nie czytałem książki, więc nie mam za bardzo porównania, ale jak na takie połączenie Harry Potera i Starship Troopers, któremu udaje się pozostać filmem dla młodzieży, to wyszło im całkiem dobrze… i think. Ford i Kingsley wypadli bardzo dobrze, moim zdaniem, a ten dzieciak grający Endera mnie irytował, ale w sumie pasował mi do tej postaci.

    Ta cała militaryzacja i dwuznaczność bohatera, o której pisze Radek, wg mnie jest w tym filmie obecna i nawet ciekawie pokazana. Ale nie wiem, nie czytałem książki, wiec może rzeczywiście mocno to spłycili.

    Co do kontynuacji, to wydaje mi się, że za słaby wynik kasowy można winić samego Carda i jego poglądy polityczne. Chyba bardzo duży procent fandomu, który stanowił pewnie główną grupę docelową tej produkcji, obrócił się przeciw Cardowi i robił mu negatywną kampanię przez to, że (Card) działa aktywnie w organizacji przeciwdziałającej równouprawnieniu homoseksualistów.

  • Kiedy szłam do kina na "Grę Endera" byłam świeżo po lekturze książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Niestety film już takiego wrażenia nie zrobił. Wiem, że trzeba było zrezygnować z wielu wątków, a większość uprościć, ale według mnie cięcia były zbyt duże, przez co motywacje i zachowania bohaterów, głównie Endera, były zupełnie bezsensowne (nieszczęsna scena na tratwie, czy motyw gry z olbrzymem). To jednak mogę przeboleć, ale nie mogę twórcom wybaczyć tego co zrobili pod koniec filmu (nie piszę więcej żeby nie było, że spojleruję 🙂 ).

  • Jestem właśnie ciekawy jaki byłby mój odbiór świeżo po lekturze. Po tylu latach od czytania pamiętam właśnie to co było w filmie 🙂 Podejrzewam że to nawet nie połowa ważnej treści

  • Można powiedzieć, ze jestem świeżo po lekturze, a film jeszcze przede mną. Z kilku recenzji wiem czego się spodziewać, wiem czego brakuje w ekranizacji nie pozostaje mi nic innego jak poznać w końcu Endera na ekranie.
    Gdy czytałem, a nie wiedziałem jeszcze, że będzie film ciężko myślałem, czy historie chłopca ratującego nasz świat można przenieść na język filmu. Moje wątpliwości się potwierdzają, no chyba, że po seansie będę miał inne zdanie 🙂

    pozdrawiam