Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Zły porucznik (1992)

Lata 90. w Gdańsku. Czyli Gdańsk tylko nieco nędzniejszy niż dziś. Była sobie wtedy w mojej okolicy taka jedna wypożyczalnia kaset wideo w takim jednym obsranym baraku, którą odwiedzałem dosyć często. I nie wiem jakim cudem mi, wówczas ledwie czternastolatkowi, udało się wówczas wypożyczyć kasetę pod tytułem Zły porucznik. Stała wysoko, czyli tam gdzie przesiadywały pornosy. Na okładce był nagi Harvey Keitel ― i na mordzie pełen udręki. Ja w pierwszym momencie pomyślałem, że to takie kino, gdzie wspólnie pocieszają się panowie, ale kobita za ladą powiedziała, że nie ― że to kryminał. Ale dodała, że ja za młody na taki film. A ja jej walnąłem na to ściemę, że ojciec mnie wysłał, bo wrócił z morza i chciałby z matką coś obejrzeć. No i ona się zgodziła. „Ale ty tego, chłopcze, nie oglądaj. To jest kino dla dorosłych” ― zaznaczyła grobowym tonem.

No i obejrzałem.

Zły porucznik to po dziś dzień bez żadnych wątpliwości autentycznie jeden z najobrzydliwszych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono ― a i zarazem jeden z najciekawszych. Zajmuje on w mojej kinomańskiej karierze miejsce szczególne ― bowiem okazał się filmem, który radykalnie rozszerzył moją perspektywę patrzenia na kino; ukazał obrazy i treści przy których przerażająca w tamtym czasie Mucha Cronenberga naraz wydarzała się bzdurnym żartem. Oglądałem Złego porucznika a zarazem dorastałem do niego ― co niegdyś było równie szokującym, co fascynującym zjazdem tunelem rozpusty do wrzącego basenu dekadencji, dziś jest całkiem niegłupim filmem psychologicznym. Krótko mówiąc: trzeba najpierw własne piekło przeżyć, żeby właściwie odczytać Złego porucznika.

Powiedzieć o Złym poruczniku, że traktuje o szukaniu odkupienia za przeszłe grzechy, to jak stwierdzić, że tematem Słoneczników Van Gogha są słoneczniki ― niby trafne, ale ledwie dotyka powierzchni. Owszem, mamy tu motyw katolickiej winy, ale Ferrara woli tutaj skupić się na problematyce władzy, eksplorowanej z taką samą bezkompromisowością, z jaką w Salo… przyjrzał się jej Pasolini ― najważniejszy dla niego twórca filmowy. Włoski mistrz widział we władzy ― zawłaszczonej bądź zdobytej dzięki innym ― źródło wszelkiego zła i w Salo… pokazał je z perspektywy oprawcy. Ferrarze takie myślenie o władzy jest bardzo bliskie, ale tutaj stróż prawa ― tytułowy porucznik ― stopniowo przeobraża się w ofiarę danej mu przez system pozycji; okazuje się zbyt słaby, żeby wywiązać się z nałożonej na niego odpowiedzialności.

Co więc sprawiło, że ten pies zszedł na psy? Bycie psem w Nowym Jorku to z pewnością nielekki kawałek chleba. Bezradność wobec przestępczości, z jaką regularnie przyszło mu się zetknąć? A może po prostu nałóg kokainowy? Nie dowiadujemy się nigdy. Wiemy natomiast, że danych mu przywilejów dawno nadużył. A one z kolei, przekroczone bez konsekwencji, wytworzyły w nim poczucie wolności absolutnej, przez co stał się skorumpowanym do cna, stale zważonym hipokrytą. Harvey Keitel dał tu tzw. życiówkę. Przechodził wówczas paskudne rozstanie z kobietą i pojawiał się na planie na ciężkim wkurwie. „Kręcimy tak, żeby nie trzeba było nic powtarzać” ― mówił nieraz Ferrara do ekipy zdjęciowej. No i oni ― widząc wkurwionego Keitela ― zgadzali się.

Poziom oderwania od rzeczywistości osiąga zenit gdy porucznik zapiera się, że Dodgersi ― jego ulubiony zespół baseballowy ― wygrają rozgrywki ligowe. Ale jednak okazuje się, że ma pecha i w efekcie winien jest ― bagatela ― sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Kiedy zaś przychodzi do spłaty długu, wrzeszczy przez telefon, że chce postawić sto dwadzieścia tysięcy dolców na kolejną rozgrywkę i jeśli jego życzenie nie zostanie spełnione, poprzedniej kwoty nie odda ― i wara od niego, no bo on, w końcu, jest stróżem prawa!

Kurwy, chlanie i walenie po kablach ― to się tutaj często wydarza. Ale wkrótce wydarzenia sprowadzają porucznika do właściwego wymiaru i odsłania się nam: dręczony poczuciem winy i wściekły na własną słabość. Ale kiedy dochodzi do siebie, już jest za późno. Wyimaginowana nietykalność niby wysoki mur mający dumnie odgrodzić go od reszty okazuje się atrapą – pada w jednej chwili jak dom z kart. To jego koniec.

Ile razy można było przeobrazić tę piekielną wyprawę w niestrawne kuriozum! Ferrara stąpa tu po bardzo kruchym lodzie a kiedy lód w końcu się łamie, nie ma on problemu pociągnąć widza ze sobą. I z dna zapytać: a ile razy ty padłeś ofiarą oprawcy w sobie samym?

Ważne to pytanie.

Jacek Szafranowicz