PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Star Trek: W nieznane (2016)

Recenzja filmu "Star Trek: W nieznane" (2016), reż. Justin LinWszystkie dotychczasowe kłopoty załogi Enterprise mają się nijak do tych, które tym razem zgotowali im scenarzyści. Bohaterowie Star Treka zawsze mieli ciężko i za każdym razem do końca nie było wiadomo w jaki sposób wykaraskają się z problemów, ale tym razem… Tym razem twórcy zadbali o konkretną przeszkodę. I to nie tyle wynikającą z horrendalnego położenia (w pewnym momencie) załogi, ale przede wszystkim z oponenta, który został przedstawiony w wyjątkowo groźny i sugestywny sposób. Villain z prawdziwego zdarzenia. USS Enterprise otrzymuje sygnał SOS i Kapitan James T. Kirk (Chris Pine), komandor Spock (Zachary Quinto) oraz reszta ekipy ruszają z odsieczą.


 
Powinienem być zadowolony z tempa akcji. I tak poniekąd jest. Reżyser Justin Lin, znany przede wszystkim z nakręcenia kilku części z serii Szybcy i wściekli, tutaj prezentuje widzom równie żwawą fabułę. To dobrze, jeżeli chodzi o samą wspomnianą akcję, jednak od drugiej strony jest już gorzej. I gwoli ścisłości to powinien być i jest główny przytyk. Nie wolno bowiem zapominać czym jest Star Trek, a J.J. Abrams chociaż przyjemnie łechta w kilku momentach podniebienia rasowych treków (piękna scena – pożegnanie Leonarda Nimoya), to ogólnie odżegnuje się od stonowanego „wydźwięku”. Akcja ponad wszystko. A dalej? Wewnętrzne dylematy Kirka (jestem już za długo w kosmosie) i Spocka (czas poświęcić się czemuś innemu), to za mało na science-fiction spod znaku tego uniwersum. Niestety taki jest wymóg naszych czasów i Abrams mając do dyspozycji 185 milionów nie zamierzał stworzyć przejmującego sci-fi z psychologiczną rozgrywką na pierwszym planie. Cieszę się jednak, że chociaż w kilku fragmentach Star Trek to wciąż ten sam Star Trek (przynajmniej dla laika, który liznął temat). Duża w tym zasługa scenarzysty Simona Pegga. To właśnie dzięki niemu dostajemy masę zabawnych uszczypliwości na linii Spock – doktor McCoy (Karl Urban).

Recenzja filmu "Star Trek: W nieznane" (2016), reż. Justin Lin

Fajne są również zwroty akcji, kiedy myślisz, że w szaleńczej gonitwie skręcą w prawo, ale okazuje się, że opracowany plan zakłada kolejny fortel Kirka. Takich momentów jest kilka i muszę przyznać, że zarówno oponenci, jak i ja wpadaliśmy we wszystkie zastawione pułapki. To zapewne przez wspomniane tempo, bo nie ma tu czasu nawet na rozejrzenie się wokół. A szkoda, bo na przykład sam design Yorktown (metropolia w kosmosie) zasługiwał na dłuższe pochylenie się scenarzystów nad akcją w tym miejscu.

Recenzja filmu "Star Trek: W nieznane" (2016), reż. Justin Lin

Co ciekawe nie przeszkadzały mi pełne chaosu potyczki w przestrzeni kosmicznej, ale to głównie ze względu na sam zamysł i sposób działania antagonistów. Prowadzone przez nich ataki są agresywne i brutalne i na drugi plan schodzi próba ogarnięcia tego co się dzieje. To jest zresztą mało ważne, gdyż sam pomysł jest dość oryginalny i przez to angażujący widzów. Na plus idzie wpadająca w ucho podniosła muzyka Michaela Giacchino, choć wykorzystanie „szlagierów” było co najmniej ryzykowne. Mimo to sprawdziło się, więc w finałowej potyczce można nawet poczuć dreszcze. Oczyma wyobraźni widziałem jeddnak fanboya uniwersum, który ze zdziwienia przeciera oczy, a w tym przypadku uszy. Podobało mi się, jednak tylko dlatego, że nie jestem ultrasem.

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema City

7/10 - dobry

Czas trwania: 120 min
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Reżyseria: Justin Lin 
Scenariusz: Simon Pegg, Doug Jung, Roberto Orci, Patrick McKay, John D. Payne
Obsada: Chris Pine, Zachary Quinto, Karl Urban, Zoe Saldana, Simon Pegg, John Cho, Anton Yelchin, Idris Elba
Zdjęcia: Stephen F. Windon
Muzyka: Michael Giacchino

  • Byłem wczoraj i też nie będąc jakimś wielkim trekkisem podobało mi się. Pożegnanie Nimoya faktycznie świetne. Na Rolce na dniach napiszę swoją recenzję 🙂

    • Tak. W porządku się to oglądało. Wszystko skrojone na medal dla nas, chociaż gdzieś ten duch Star Treka się pogubił. Ale chyba nie teraz, a akiś czas temu.

  • A kto dzisiaj by się odważył na zrobienie przejmującego sci-fi z psychologiczną rozgrywką za takie pieniądze? masz rację, taki wymóg naszych czasów, ale kino hollywoodzkie tonie we własnym brudzie. Oczywiście film mi się podobał jako czysta niezobowiązująca rozrywka i ogólnie chwalę tę pozycję, ale patrząc bardziej ogólnie, Hollywood stoi tylko sequelami, remake’ami i ekranizacjami. Tam nie ma już miejsca na jakąkolwiek twórczą wolność, autorskie pomysły. Nolan, żeby móc nakręcić własny autorski pomysł (Incepcję), musiał zrealizować dwie ekranizacje komiksów, ekranizację książki i remake skandynawskiego thrillera. A wielu twórców nie doczeka się takiej możliwości. Gdy taki Gareth Edwards zadebiutuje oryginalnym, acz tanim, sci-fi, to nikt nie wyłoży mu wielkiej kasy na stworzenie kolejnego filmu według jego pomysłu, tylko wtłaczają go natychmiast w machinę do robienia nowych Godzilli i Gwiezdnych Wojen. I dopóki coś się w tej kwestii nie zmieni, to nie doczekamy się fajnego, psychologicznego, oryginalnego sci-fi. No chyba, że w serialu.

    • No ale np. takie „Moon” było w mojej ocenie genialne. Skromność wyrastała już tam z poziomu scenariusza, a jednak to było sci-fi pełną gębą. Trzeba szukać 🙂 Szukać i czekać 🙂

      • No właśnie, ale to było kameralne kino bez dużego budżetu, chyba 5mln, z kapitalnym autorskim pomysłem Duncana Jonesa. Tak, to było faktycznie sci-fi pełną gębą. Tylko chodzi mi o to, że Hollywood nie wykorzystuje potencjału takich twórców. Wiemy, że facet potrafi stworzyć świetną, angażującą a nawet ambitną historię. Ale się nie sprzeda. Więc jego też wtłaczają w tę swoja machinę i nie ma już Duncana Jonesa robiącego autorskie kino, tylko jest Duncan Jones kręcący beznadziejnego (ale za grube miliony) Warcrafta, oczywiście ekranizację gry.

        • To ten sam gość?! Ja się obawiam, że tu leży też strach twórcy. No bo jeżeli nie zrobię tego, to mi już nic nie pozwolą zrobić. I obawiam się również, że tak właśnie się dzieję. Wszystko jest wyliczone i nawet jeżeli studio gdzieś tam głęboko zdaje sobie sprawę, że Warcraft jest kiepski, to i tak zyski są już dawno policzone. Z drugiej strony, nie wiem po co angażować takiego reżysera od autorskich projektów, przecież taką machinę jak Warcraft może nakręcić każdy.