Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Książę w Nowym Jorku 2 (2021)

Zawsze daję szansę sequelom, remake’om, rebootom i innym wszelkiej maści próbom odświeżenia danego tytułu przez twórców. Producentów oczywiście motywuje zawsze to samo, szansa na zarobienie trochę grosza na nostalgii. Wykorzystywanie sentymentów opłaciło się już niejednemu i nie można nikogo za to winić. My, widzowie, mamy tylko nadzieję, że powstanie dobry film. Takie wypadki wszak się zdarzały. Powrót po dekadach do Trainspotting to chyba najlepszy przykład, że da się to zrobić (i zarobić). Książę w Nowym Jorku 2 to druga strona medalu, kompletnie nieudany sequel, który powstał z tych samych co zawsze powodów, ale niestety się nie udał. Niestety? Czy była jakakolwiek szansa, że historia księcia (obecnie króla) z fikcyjnej Zamundy przypadnie do gustu współczesnemu widzowi? Cóż, reżyser Craig Brewer zdecydowanie nie miał pomysłu, a garść podjętych osobliwych środków zaowocowała tytułem, który trudno komuś polecić, a najbezpieczniej byłoby nie polecam nikomu.

Fabuła koncentruje się na królewskich kłopotach Akeem Joffera (Eddie Murphy), który jest w kropce. Ma trzy córki, a u bram stoi wróg, generał Izzi (Wesley Snipes) z sąsiedniego państwa. Izzi to czytelny przytyk do jednego z wielu afrykańskich kacyków, który uzurpuje sobie prawo do przejęcia władzy w kraju wykorzystując do tego siłę swojego oręża i coraz to młodszych fanatycznych wojowników (mało dowcipna scena z dziećmi, które mają pobawić się granatami). Najlepszym rozwiązaniem problemów Akeema byłby syn, którego nie ma. I oto niespodzianka, fortel scenarzystów. Syna można odnaleźć w Queen, czyli to ta pamiątka po poprzednich wojażach. Akeem raz jeszcze leci do Ameryki (to wypad, który można porównać do wylotu Ryszarda Ochódzkiego do Londynu) i sprowadza do ojczyzny swojego potomka z nieprawego łoża.

Książę w Nowym Jorku 2 (Coming 2 America) to odgrzewany na starym oleju kotlet, przemielony z popkulturowymi wyziewami z kilku dekad. Chybionych natomiast pomysłów jest tu cała masa. Zacząć i skończyć można od targetu, w który wycelowany jest obraz. Wystrzelony pocisk mija co najmniej kilka grup docelowych. Z pewnością nie zainteresują się nim młodsi widzowie (nie zaryzykowałbym wspólnego oglądania z latoroślą, bo poziom żenady jest zbyt wysoki), dla starszych natomiast będzie za dziecinny. Komedia sygnowana nazwiskiem Murphy’ego jest przaśna, nudna i nie owijając w bawełnę, idiotyczna. Młody następca tronu musi sprawdzić się w nowej roli wykonując szereg zadań, w tym to polegające na przycięciu wąsów lwu. Oczywiście to bardzo sympatyczne, że Eddie Murphy ponownie wciela się w kilka postaci, ale prysnął gdzieś czar bezpretensjonalnej komedii z lat 90. Całość to pozbawiona uroku wymuszona zabawa przebrzmiałych gwiazd. Murphy stracił gdzieś swoją werwę, a najwięcej zabawy z pracy na planie miał chyba Wesley Snipes. I chyba tylko on wyczuł konwencję, czyli błaznowanie w imię stworzenia jak najlepszej kontynuacji. Film, co intrygujące mógłby dużo wygrać, gdyby od początku do końca pojechał po bandzie. Widać bowiem wyraźnie, że dość bezkompromisowo walczy z poprawnością polityczną, a dodatkowo cenić można ukrytą pod tą całą błazenadą próbę przemycania ważkich treści. Wszystko oczywiście ginie pod stertą wyuzdanego przepychu rodem z teledysku Remember the time Michaela Jacksona i kiepskiego CGI (Zamunda to kraina mlekiem i miodem płynąca), ale i tak docenić można, że Książę w Nowym Jorku 2 próbuje powiedzieć coś o zmurszałych systemach monarchistycznych i o tym, jak ważny jest postęp i walka ze starymi tradycjami. Ten sam tradycjonalizm częściej wyrządza krzywdę niż mógłby służyć dobrej sprawie. Cóż z tego, skoro Księciu brakuje ikry, a ze swoim zapałem scenarzyści utknęli podczas przelotu do Queens. I tam powinni zostać. Cały powrót i przeniesienie akcji do Zamundy był błędem.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 110 min
Gatunek: komedia
Reżyseria: Craig Brewer
Scenariusz: Barry W. Blaustein, David Sheffield, Justin Kanew
Obsada: Eddie Murphy, Arsenio Hall, KiKi Layne, Shari Headley, James Earl Jones, Morgan Freeman
Zdjęcia: Joe ‘Jody’ Williams
Muzyka: Jermaine Stegall
PODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?